dzieci · małżeństwo · rodzina

Plany

 

 

Czekała. W milczeniu
na piersi ręce kładła i wtedy się pienił
krwi jej rogzrzany napój i owoce mleczne
pęczniały jej pod dłonią, i czuła, jak bije
bolesna piąstka serca. I czuła, że żyje
łodyżka w niej maleńka, listeczkami dwoma
obejmująca miłość całą, jaką ona
i on zamknęli w sobie.

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zaszłam w ciążę, zjadłam cały słój grzybków w occie. Dostaliśmy te grzybki w darze od babci naszej przyjaciółki, kiedy przyjechaliśmy do Polski z Anglii na święta wielkanocne. Przywieźliśmy ten cenny dar do Colchester, z zamiarem wydzielania sobie po odrobinie przysmaku, za dobre sprawowanie. I oto siedziałam na podłodze obok lodówki i zalewając się łzami skruchy i żalu (biedny, pozbawiony smakołyku Michał), pożerałam jeden grzyb po drugim, jeden po drugim, aż do ostatniego malusieńkiego kapelusza. Przez resztę ciąży karmiłam mojego biednego męża na przemian mandarynkami i jajecznicą, którą serwowałam na ciepło i na zimno, do wszystkiego. Dziwię się, że ten człowiek nadal z przyjemnością zjada jajka…Ponadto budziłam biedaka o trzeciej czy czwartej nad ranem, czule pytając, czy miałby ochotę na cornfleki, bo ja jestem tak potwornie głodna. Nieprzytomny młody tata in spe dzielnie wyłaził spod kołdry i zjadał ze mną te nieszczęsne płatki, nerwowo tłumiąc spazmatyczne ziewanie. Dlaczego on się wtedy ze mną nie rozwiódł, każdy sąd by go uniewinnił…

 

I gdy rękę niżej
obsunęła, poczuła, jak ją szorstko liże
płomienny język ciszy. Brzuch miała jak kroplę
ogromną, w rozłożystą misę biódr zamknięty.

Druga ciąża tak szybko minęła, że prawie nic z tego czasu nie pamiętam. Byłam tak potwornie zmęczona małą córeczką, że do głowy mi nie przychodziło budzić się w nocy na jakieś przekąski. Spałam jak zastęp śpiących rycerzy spod Giewontu. Pamiętam tylko wieczne usg, bo ciąża była zagrożona; pamiętam też przemiłą, acz nieco nerwową panią doktor, która powtarzała, że byleśmy doczekały do trzydziestego tygodnia. Doczekałyśmy nawet dłużej i Marynia urodziła się w 37 tygodniu. Poród zaczął się jak wieczorem usypiałam Natalcię, więc Maniusia już u zarania życia wykazała się doskonałym wyczuciem czasu oraz ogólną sprawnością życiową. W tamtym okresie  nie mieliśmy samochodu, ponieważ nam go ukradziono spod bloku (w komplecie z wypasionym, jak na ówczesne czasy, fotelikiem samochodowym, prosto z UK), tak więc musieliśmy wezwać taksówkę. Pan taksówkarz pobił rekord trasy Rakowiec – Szpital na Żelaznej i całe szczęście, bo skurcze miałam już co trzy minuty. Panie położne widząc mnie dyszącą jak stado miechów kowalskich, machnęły ręką na formalności i papierki i od razu zabrały na blok porodowy. Tamże wysłałam męża z rozkazem rozgoszczenia się w pokoiku narodzin, a sama poszłam na badanie. Położna Irenka kazała mi położyć się na fotelu lotniczym i zaczęła badanie: – Rozwarcie na siedem centymetrów, na dziewięć, pełne, przemy.
Jak to przemy?! Już?! Przecież poród trwa i trwa, godziny się wloką, aż wreszcie po jakichś trzynastu czy czternastu latach świetlnych rodzi się dzidziulek. Nie z Marysią jednak takie numery. Faktycznie, okazało się, że przyszły skurcze parte i Marysia zaczęła gramolić się na świat. Wrzasnęłam na Michała, że rodzimy, bo po sąsiedzku rozpakowywał żonie torbę na długie szpitalne godziny – ledwo zdążył, biedaczek. Mania urodziła się w gabinecie zabiegowym, w 20 minut po wejściu do szpitala. Kochana dziewczynka.

W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie
pnie się w niej ten roślinny puch, twardnieje w orzech –

 

Trzecia ciąża była planowana z zegarmistrzowską precyzją, ponieważ chodziło nam o chłopaka. Mąż zapragnął potomka płci męskiej, widocznie poczuł się nieco zagubiony i samotny w tym oceanie kobiecości. Tak więc nasłuchiwaliśmy, aż zatupie owulacja  – no i udało się nam ulepić chłopczyka. Trzecia ciąża była cudowna, absolutnie cudowna. Jedynym cieniem była konieczność trzymania się diety eliminacyjnej, ale nagrody za to wyrzeczenie były aż dwie – po pierwsze przytyłam zaledwie osiem kilogramów, a po drugie dziecko nie miało śladu kolek. Po dwóch kobietach, które jako niemowlaki przećwiczyły nas tak, że chodziliśmy na rzęsach, łokciach i tylko siłą rozpędu i z przyzwyczajenia – urodził nam się synek- anioł. Jadł, spał, gugał, uśmiechał się – był idealny. Natalka i Marynia były bardzo ładnymi niemowlakami, ale Filip stał się absolutnym misterem universum. Miał ogromne, szarobłękitne oczy, ocienione kilometrowymi czarnymi rzęsami i brzoskwiniową cerę. Podbijał serca wszystkich pań, panien, wdów i mężatek, które chórem domagały się, aby tak piękne dziecko koniecznie pokazało się w reklamie…Nie daliśmy synowi szansy na stanie się Gwiazdą soczków Gerbera czy jakoś tak…Niedobrzy rodzice, złamana  u zarania kariera.

 

– to było dziecko małe, które wkołysali
ciepłym ciał swych pomrukiem jak szelestem morza
w jej pełnię i dojrzałość, która równa ziemi
ogarnęła i rosła rączkami drobnemi,
zarysem ust różowych, roślinką maleńką,
którą czuła pod lekko wyciągniętą ręką
i która dziś się spełni i wzejdzie człowiekiem

 

Z czwartą ciążą był kłopot, nie chciała się ulepić. Nic i nic przez kolejne miesiące. Trudno, pomyśleliśmy, widocznie kranik z dziećmi już nam się zakręcił. Aż tu nagle zaczęło mnie mdlić podejrzanie, co w połączeniu z  nagłą i zachłanną ochotą na kaszankę, zamieniło niejasne przypuszczenia w pewność. – Eee tam – stwierdził lekceważąco tata – to pewnie jakaś flora bakteryjna. Ha, ha flora bakteryjna, my foot, jak mówią Anglicy.
– Nie flora bakteryjna, a Florek, zobaczysz – odparłam stanowczo i pewnie.
No i funkcjonowała Joasia przez dziewięć miesięcy swojego ukrytego przed postronnymi życia, jako Florek, zdrobniale Florian. Byliśmy tak pewni, że ulepiliśmy braciszka dla Filipa, że właściwie tuż przed porodem, tak na wszelki wypadek, wybraliśmy imię dla dziewczynki – Joanna Klara.
Do szpitala trafiłam z sączacymi się wodami, na początku 39 tygodnia. Zostawili mnie oczywiście na oddziale i w nocy poczułam, że powolutku coś się zaczyna dziać. Rano przyszedł pan doktor na obchód, więc gorliwie zaraportowałam, że rodzę.
– Cooo, pani? – mruknął z niedowierzaniem – Zobaczymy.
Nieco zirytowana brakiem adekwatnej reakcji na mój news – w końcu po trzech porodach UMIEM rozpoznać, kiedy zaczynam się rozpadać na mamę i dziecko, dałam się zbadać.
– Eeee, no jakaś gotowość porodowa jest, rozwarcie na trzy palce, ale słabiutkie ma pani te skurcze. Jak chce pani rodzić (!!!!) to podłączamy oksytocynę.
Przyjechał tatuś z pracy, przyszła położna.
– Co pan doktor powiedział? Że rozwarcie na trzy palce? Tu jest siedem centymetrów, no, ale pan doktor duży mężczyzna, ma duże palce. Podłączamy kroplówkę.
Kiedy moje ciało poczuło tę oksytocynę, dostałam tak silnego skurczu, że autentycznie myślałam, że umrę. Spanikowany Michał poleciał po położną, która mocno zdenerwowana, odłączyła mi kroplówkę. Psiocząc na doktora i jego rozkazy, przeprosiła mnie i kazała położyć się na boku, bo przy okazji zaczęłam przeć. Ku naszemu szczeremu zdziwieniu nie urodził się nam przewidywany synek, ale nie przewidywana dziewczynka, długa jak makaron (59 cm). A swoją drogą pozycja porodowa na boku jest najgenialniejszą pozycją jaką można przyjąć rodząc. Żadne tam kucki, leżenia na plecach czy stołki porodowe. Leżąc na boku łatwiej jest przeć, a położnej wygodniej jest odbierać maluszka. Szczerze polecam, przy okazji.
Joasia nas nie rozpieszczała, jako dzidziuś, ale zahartowani rodzice dosyć łatwo przełknęli energiczną i niecierpliwą kobietkę numer trzy.

żeby się stać czym? kwiatem, powłoką czy łzą?

O piątej niespodziance pisałam już tutaj wcześniej. Jest z nami – kochany, malutki, mądry, dzielny człowiek.
Zaledwie cztery lata temu urodziłam ostatnie swoje dziecko. Tak niedawno, dopiero co, wydawałoby się, że ten czas jest na wyciągnięcie dłoni.
A oto zbliża się ku nam nowa tajemnica.
Nowy mały człowiek powstał w cudownej harmonii dwojga ludzi. Jeszcze taki maleńki, odrobinka pyłu gwiezdnego, ale już dzielnie maszerujący ku swojemu przeznaczeniu. Ukryty przed światem, otulony ciepłem ciała swojej mamy, kołysany szumem jej krwi i biciem jej serca…
Pod sercem mojej córeczki bije małe serduszko…
Moja mała córeczka będzie mamą.
Zaczynamy nowe życie.
Tajemnice radosne. Zwiastowanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s