dzieci · książki · rodzina · wiara

Ojcostwo nocą

IMG_9710_2

Oryginał eseju możecie znaleźć tu: http://www.studiobrien.com/father-night-2/

Każdy ojciec wie, że niekiedy w życiu rodziny nastaje taki czas, w którym kompletnie nic się nie udaje; wszelkie problemy i kłopoty się nawarstwiają, jakby przyciągane jakąś złą siłą, a duch w człowieku ledwo się tli. To był właśnie taki czas. Mieszkaliśmy wtedy w wąskiej dolinie Rocky Mountains. Od początku grudnia sypał gęsty śnieg – padało i padało przez całe tygodnie; niebo było zasnute grubą pokrywą chmur, bez choćby najmniejszego przebłysku słonecznego światła. Dach groził zawaleniem, a na strychu po kątach gromadził się lód, który topniejąc wysyłał po ścianach małe strumyczki i całe kaskady wody do wnętrza domu. Już trzykrotnie tej zimy stawałem na dachu i zapadając się po pas w śniegu, jak szalony machałem łopatą. Prawdę mówiąc, bawiła mnie trochę niecodzienność całej sytuacji. Dzieci  szalały, turlając się ze szczytu dachu i bezpiecznie lądując w zaspach poniżej. Po trzecim odśnieżaniu zaspy stały się tak wysokie, że sięgnęły pierwszych krokwi. Musieliśmy wykopać od góry tunel odsłaniający okna naszej bawialni, aby chociaż trochę światła dziennego mogło przedostać się do wnętrza. W tym czasie zrobiła mi się narośl na kręgosłupie, która zatruwała cały mój organizm. Kiedy nadeszła pora, aby po raz czwarty odśnieżyć dach, ból nie pozwalał mi ani stać, ani siedzieć ani leżeć. W szpitalu wyznaczono mi termin operacji, ale z powodu dużej ilości oczekujących, przesunął się o kilka miesięcy. Styczeń przyniósł pogorszenie mojego stanu; ból był tak dotkliwy, że nie byłem w stanie nic w domu robić – każdy ojciec wie, jak jest to frustrujące. Bezczynność i bezradność w chwili, kiedy jest się żywcem grzebanym w śnieżnych zaspach, jest uczuciem nie do pozazdroszczenia. Nasi przyjaciele i rodzina mieszkali na tyle daleko, że niemożliwe było, aby przybyli nam na pomoc; poza tym i tak nie przebiliby się przez zasypane drogi, a  w naszym miasteczku wszyscy byli w podobnych opałach.

Któregoś dnia udało mi się cudem odkopać nasz samochód. Mając straceńczą nadzieję na przybycie długo oczekiwanego czeku, który opłaciłby nasze piętrzące się, zaległe rachunki, odważyłem się na desperacką podróż trzy ulice dalej, na pocztę. Niestety, nasza skrytka była kompletnie pusta: czek, na który tak bardzo czekaliśmy przybył dopiero wiele miesięcy później, dodatkowo komplikując nasza niełatwą sytuację.

Jakby tego było mało, kiedy wracałem z poczty, jakiś nieostrożny kierowca, wyjechał nie patrząc, z bocznej ulicy i uderzył w mój samochód; na szczęście nikt nie został ranny, ale oba pojazdy zostały poważnie uszkodzone. Tak więc musiałem załatwiać formalności związane z wypłatą ubezpieczenia, a w międzyczasie byliśmy pozbawieni jedynego środka transportu. Dzień po dniu mijał, dodając do naszej listy nieszczęść kolejne. Z całego ich katalogu, chyba najbardziej dotkliwym, było zapchanie toalety, spowodowane przez pewnego małego człowieka, który wiedziony ciekawością typu „co się stanie?”, wrzucił do sedesu swoją ciężaróweczkę i spuścił za nią wodę. – Myślałem, że tata będzie się śmiał – wyjaśnił winowajca z miną aniołka. Niestety, jako że nasz lokalny hydraulik akurat spędzał zimę gdzieś w ciepłych krajach, w cieniu palm, przez kilka tygodni musieliśmy, chcąc – nie chcąc, odwoływać się do starożytnego, acz niezawodnego, nocnika… co nasze dzieci uznały za rzecz bardzo sielską oraz ekscytującą. Te wszystkie smutne wydarzenia nie zgasiły na szczęście naszego poczucia humoru; wciąż byliśmy w stanie uśmiechać się na myśl, jak przedziwnie plecie się życie, na przemian dniami dostatku i klęski. Jednak nadeszła chwila, w której przepadła nasza wrodzona pogoda, a śmiech tatusia ucichł. W jednej chwili cała nasza rodzina została powalona przez wyjątkowo wredną i drapieżną grypę. Telefon nie działał, tak więc nie mogliśmy nawet wezwać na pomoc naszego doktora. Jego gabinet – oddalony o 70 mil – był dla nas tak samo nieosiągalny, jakby znajdował się po drugiej stronie kuli ziemskiej.

Bogactwo i władza mają swoje sposoby na kłopoty; jeśli opływasz w jedno i drugie, a przy tym jesteś zdrowy na ciele i masz jasny umysł, możesz nie dopuszczać problemów do siebie przez długi czas. Możesz je bagatelizować, zamiatać pod dywan i udawać, że wszystko jest w porządku tak długo, aż osiągniesz pełne złudzenie, że masz absolutną kontrolę nad rzeczywistością. Jedyna wada tego scenariusza polega na nieustannym staniu w gotowości do bagatelizowania, zamiatania pod dywan i udawania, że wszystko jest cudowne. Jesteś nieustannie zajęty; zaprzątnięty udowadnianiem sobie i światu, że ciebie nieszczęście się nie ima. Każdy z nas próbuje tego od czasu do czasu. Prawdę mówiąc, jest to silniejsze od nas. Ból nie jest zabawny, a bezradność nas przeraża. Jednak zawsze nadchodzi taki moment w życiu, że każdy, a zwłaszcza ten, kto chce wzrastać w wierze, musi przejść przez „wąską bramę” Krzyża. Cierpienie – prędzej czy później – dopadnie każdego. Nikt się przed nim nie ukryje, a życie rodzinne w szczególny sposób niejako „wystawia” nas na wszelkie trudy ludzkiej egzystencji. Święty Franciszek Salezy mawiał, że „nie ma stanu, który bardziej niż stan małżeński wymagałby prawości i stałości. Małżeństwo jest nieustanną szkołą umartwienia.”

Szczęśliwej rodziny nie zbuduje się praktykując egoizm. Ojciec musi umierać, aby przekazywać życie swojej żonie i dzieciom. Nie ucieknie się od tej prawdy. Nie wystarczy jedynie zapewnianie rodzinie utrzymania i ochrony, chociaż zarówno troska o byt jak i ochrona same w sobie są dobre i niezbędne do przetrwania. Taka jest rola ojca, na tym polega jego odpowiedzialność. Jednak bywa i tak, że ojciec, który zapewnia swojej rodzinie godziwe i dostatnie życie, a także ochrania ją przed wszelkimi niedogodnościami, jest ślepy na to, co jest najważniejsze. Nie rozumie, że jego podstawowym powołaniem jest stawanie się prawdziwym obrazem Ojca, w miłości i prawdzie. Dom, który utrzymuje -niezależnie od tego czy jest chatką z trawy czy marmurowym pałacem – musi mieć w swoim centralnym miejscu serce, które się modli, które jest stale gotowe do uznania swojej grzeszności i które jest na tyle pokorne, że potrafi zawołać o pomoc. Bóg napełnia tylko takie naczynie, które uznaje swoją pustkę i jest gotowe przyjąć prawdziwą moc. Tak długo, jak jesteśmy przekonani o swojej wszechmocy i sile; tak długo, jak polegamy tylko na swoim sprycie, zachowujemy się jak sieroty pozbawione ojca. Pracowicie budujemy swój prywatny raj, eliminując za każdą cenę wszelkie trudności, zabezpieczając się na wypadek niespodziewanych ciosów cierpienia. Trzeba jednak wiedzieć, że prędzej czy później Bóg dopuści na nas taki czas, który zniszczy wszelkie nasze zabezpieczenia.

Dobrze pamiętam, kiedy runęły moje zabezpieczenia. Stało się to pewnej mroźnej nocy, podczas tej właśnie wyjątkowej zimy. To była bezsenna noc – co chwila zrywałem się do chorych dzieci, a kiedy mogłem nareszcie wrócić do łóżka, ból pleców rozrywał mnie na strzępy. Było mi ciężko na duszy – nieustanne zmartwienia zjadały mnie żywcem. Zdarzały się wciąż jeszcze chwile, w których udawało mi się pokonać zniechęcenie, ale potyczki te coraz ciężej było wygrać i było ich coraz więcej. Nie tylko przestałem się śmiać, przestałem też się modlić. W najgorszej godzinie nocy, około trzeciej nad ranem, rozległ się żałosny płacz naszej najmłodszej córeczki. Jej chora mama nie była w stanie odpowiedzieć na to bolesne wezwanie – po czterech godzinach ciągłego karmienia, leżała bez siły na naszym łóżku. Jej ciało odmówiło posłuszeństwa. – Czy mógłbyś do niej pójść – wyszeptała słabym głosem. Westchnąłem ciężko i zwlokłem się z posłania. Na zewnątrz śnieg padał ciężkimi, mokrymi płatami. Miałem już wszystkiego dość. Kiedy dotarłem do źródła nieszczęścia, ujrzałem naszą małą córeczkę, zalaną łzami. Półtoraroczna źrenica naszego oka; najsłodsze, najbardziej pogodne dziecko na świecie; dziecko, które urodziło się już uśmiechnięte, stało w swoim łóżeczku płacząc na cały głos. Twarz miała zalaną łzami, nos i oczy zalepione katarem – była tak zasmarkana, że aż nie mogła złapać porządnego oddechu. Światło nocnej lampki ukazało mi przerażoną, wrzeszczącą kupkę nieszczęścia. Podniosłem ją do góry i starałem się  uspokoić, wydając z siebie zabawne, głupiutkie dźwięki, które zawsze pomagały w takich sytuacjach. Tym razem jednak nic nie działało, dziecko nie chciało być pocieszone. Usiadłem więc w pękniętym bujanym fotelu, który stał obok łóżeczka i wziąłem ją na kolana. Wytarłem zasmarkany nosek i otarłem zalepione oczka. Jej ciałko nadal było sztywne od płaczu, rączki kurczowo trzymały brzeg mojego szlafroka. Sprawdziłem, czy nie potrzeba zmienić jej pieluszki i okazało się, że mała zrobiła ogromną kupę, która zaczyna już wychodzić bokami. Dziecko było w takim stanie histerii, że musiałem ją przewijać na siłę. Wyginała się we wszystkie strony na przewijaku – w pewnej chwili cała zawartość pieluchy znalazła się na moich rękach, na szlafroku i na wszystkim dookoła. Kiedy kolejny wrzask przeszył boleśnie moje ucho, zagryzłem z wściekłością zęby. Nigdy jeszcze nie widziałem jej w takim stanie, chociaż żona wspominała mi kilkakrotnie, że takie ekscesy czasami się zdarzają. W półmroku nie widziałem dobrze, co robię, więc zapaliłem górne światło. Nasze oczy bezradnie zamrugały, oślepione nagłym blaskiem.

Tak właśnie bywa z prawdą o nas. Jej jasne światło odsłania mroczne kąty naszego jestestwa; ponure pokoiki w których się ukrywamy razem z naszym brakiem zaufania. Zawstydziłam się nagle swojego przebłysku złości. Złość wypuszcza swoje korzenie z lęku, a lęk bierze się z nieufności. Ojciec nocą może obawiać się wielu rzeczy: choroby, ubóstwa, życiowego chaosu, wyobcowania, zawalonego dachu, zepsutego samochodu, swojej bezradności w obliczu śmierci…lub też, może bliżej tego, o czym mówimy, ojciec nocą może obawiać się, że nie sprosta oczekiwaniom swojej rodziny, że nie stanie na wysokości zadania; że zawód, jaki sprawi swoim najbliższym będzie przyczyną ich cierpienia.

Z naszej sypialni doleciał mnie cichy głos żony, która pytała, czy nie trzeba mi jakiejś pomocy. Odpowiedziałem jej spokojnie, że może dalej spać, bo wszystko jest pod kontrolą (nigdy nie byłem dalszy od prawdy, tak bardzo potrzebowałem pomocy!). W pewnym sensie, rzeczywiście wszystko było pod kontrolą, bo udało mi się przewinąć dziecko i okiełznać cały bałagan. Wyłączyłem światło i usiadłem z maluchem na kolanach, w skrzypiącym bujanym fotelu. Trzeszczenie kołyszących się płóz i pochlipywanie dziecka tworzyło coś w rodzaju symfonii…Nie było już histerii w jej głosie, tylko cichy płacz.

Noc odsłania wszystkie nerwy w ojcowskim ciele; jego ukryte lęki i obsesje przebijają się przez tkliwe miejsca, wyrastając w ciemności na kształt ogromnych grzybów. Niezliczone trudy i doświadczenia, napięcia związane z utrzymaniem rodziny, sumują się ze sobą tworząc ciężar ponad siły. Ojciec, który tonie pod wodospadem codziennych spraw do natychmiastowego załatwienia, zapomina skąd pochodzi prawdziwa siła. W jego głowie kołacze się tylko jedna myśl – ojciec przede wszystkim musi być silny.

To prawda. Jednak ojciec musi też nauczyć się, jak być słabym. Słabość przychodzi do każdego z nas i może stać się błogosławieństwem – albo przekleństwem, zależnie od tego, jak na nią odpowiemy. Nocą szczególnie trudno jest to uchwycić, bo w ciemności, jak na aksamitnym kinowym ekranie, wyświetlają się człowiekowi wszelkie niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą życie: zepsucie obyczajów, szybkość z jaką narody pędzą w kierunku kolejnej wojny, kryzysy ekonomiczne…to może trwać bez końca, jeśli się na to pozwoli. Podświadomie sięga się po oręż, którego używają ludzie niewierzący, aby znów poczuć się bezpiecznie. Nocą, kiedy jest się samotnym, opuszczonym i przytłoczonym złem tego świata, pokusa może być bardzo silna. – Gdzie jest Bóg?! – zawołałem w głębi serca. – Czy zostawił nas na pastwę losu, w ciemności, w tej śmiertelnie mrocznej zimowej przepaści?

Jakby w odpowiedzi, wróciło do mnie wspomnienie: w dzień po urodzeniu tej właśnie córeczki, moja żona została brutalnie zwyzywana przez obcego starszego mężczyznę, którego spotkała na szpitalnym korytarzu. Starszy pan, który wdał się z nią w rozmowę, wydawał się miłym, kulturalnym człowiekiem. – Czy to pani pierwsze dziecko? – zapytał. – Nie – odpowiedziała moja żona – To moje czwarte – dodała z dumą. Kiedy starszy pan to usłyszał, jego przyjazna twarz zmieniła się nie do poznania. Zaczął wymyślać mojej żonie, oskarżając ją o „zanieczyszczanie” świata nadmiarem dzieciaków. Żona starała się go uspokoić ze zwykłą sobie cierpliwością i pogodą ducha, jednak on wzburzał się coraz bardziej, wyrzucając z siebie obelgę za obelgą. Nie był to zwykły incydent, ale w pewien sposób stanowił jakiś znak czasu. Moja żona bardzo przeżywała to wydarzenie, dopóki jedna z pielęgniarek nie powiedziała jej, że tego ranka dokonano zamachu na papieża Jana Pawła II. Nasze małe cierpienie zostało włączone w krwawiącą ranę Kościoła; doświadczyliśmy tajemniczej jedności cierpiącego Ciała Chrystusa.

Półtora roku później cierpienie nadal było naszym udziałem. Ale dlaczego tym razem nie czuliśmy w nim żadnej duchowej głębi, żadnego wyjątkowego, transcendentnego znaczenia? Dlaczego tym razem było to surowe, brzydkie, żałosne cierpienie bez jakichś mistycznych podtekstów i bez wewnętrznej pociechy? Próbowałem się modlić, ale Bóg wydawał się daleki i nieobecny, a słowa były suche jak pył. Czułem się całkowicie pusty. Jałowe serce, w którym nie zostało nic, czym można by się podzielić. Nie czułem żadnej czułości w stosunku do tego chlipiącego stworzenia, które pomogłem sprowadzić na świat; żadnych pobożnych uniesień w zjednoczeniu z Chrystusowym krzyżem. Pustka. W pewnej chwili przypomniałem sobie, że przecież posiadam wolną wolę – chociaż tyle. Mogę podjąć decyzję o oddaniu tych resztek, jakie kołaczą się gdzieś na dnie tej pustej skorupy, która nosi moje imię. A kiedy już to zrobię, mogę spróbować jeszcze coś wyskrobać z samego dna, a potem jeszcze i jeszcze – nawet przez resztę życia, aż do śmierci, jeśli to będzie konieczne.

Zachrypniętym głosem zacząłem recytować fragment starej rymowanki; po chwili spróbowałem ją zanucić. Niezwykłość mojego działania przykuła uwagę dziecka.

Spojrzałem na moją córeczkę, a ona oddała mi spojrzenie. Melancholijne wersy wierszyka pasowały nam obojgu. Uśmiechnąłem się do niej uspokajająco. Rytm piosenki splótł się w jedno ze skrzypieniem fotela. Mężczyzna i jego dziecko wypłynęli na bezkresne morze Bożej ciszy. Jej płacz umilkł. Leżała spokojna pod ciężarem mojej ręki, otulona ciepłem moich ramion. – No cóż – pomyślałem – Może jest tak, że kiedy wszystko jest ci zabrane, zostaje tylko to, co się naprawdę liczy: ciepło ciała i odwieczna piosenka. Nagle małe rączki leciutko poklepały mnie po ramieniu; maleńka mamusia pocieszająca swojego pocieszyciela. Oboje poczuliśmy się nieco lepiej.

Kiedy tak kołysaliśmy się razem, wsłuchani w szum wiatru, który szarpał okiennice, dmuchając tumanami śniegu, przyszła mi do głowy pewna myśl. – Jest noc, jest zima, Boże Narodzenie dawno za nami. A przecież to właśnie jest pora, w której Józef z Maryją znaleźli się w dużym niebezpieczeństwie. Anioł oznajmił Józefowi, żeby wziął Maryję i Dziecko i uciekał do Egiptu. Ojciec rodziny zabrał swoich najbliższych w podróż w nieznane. Czy Józef wiedział, co stało się w Betlejem, po ich ucieczce? Miasteczko, w którym przyszedł na świat Mesjasz, zostało skąpane we krwi niewinnych dzieci. Czy zastanawiał się, dlaczego anielskie instrukcje zaprowadziły go akurat do Egiptu, miejsca starodawnej izraelskiej niewoli? Jakie myśli, jakie uczucia towarzyszyły Józefowi, kiedy rozkładał nocleg gdzieś na pustyni? Czy bał się, czy dręczyły go wątpliwości? Czy nie zadręczał się myślą, że anielskie ostrzeżenie było jedynie sennymi majakami, a on sam jest głupcem prowadzonym przez sny? Czy drżał na myśl, jakim szaleństwem jest ucieczka z własnego kraju, od własnego narodu w nieznane? Czy wspominał Abrahama, który też został wezwany do opuszczenia swojego kraju – i usłuchał, chociaż nie rozumiał? Czy Józef miał wizję „potomstwa tak licznego, jak gwiazdy na niebie”, które będzie mu ofiarowane poprzez ten akt ślepego posłuszeństwa? Posłuszeństwa, pomimo niezrozumienia.

Kiedy tak siedziałem, kołysząc się po ciemku, zastanawiałem się, czy Józef w noc podobną do tej nocy, siedział przy ogniu w ciemności i chłodzie, myśląc o życiu,  podczas gdy jego żona i Dziecko spokojnie spali przy jego boku. Czy patrzył w niebo, szukając wielkiej gwiazdy i pytając w sercu, czy pojawi się ponownie? Mogło być tak, że został obdarzony doskonałym pokojem duszy, serca i umysłu, a także pełną ufnością w Bożą opatrzność. A może, podobnie jak reszta ludzkości, został pozostawiony na pastwę swojej człowieczej niepewności. Był świadkiem potężnych cudów i znaków: aniołowie w snach, gwiazda, królowie…ale przecież człowiek nie może przez całe życie szukać znaków, bo zacznie być uzależnionym od nich kaleką.

Człowiek żyje wiarą; jeśli od czasu do czasu jej zasłona się unosi, dzieje się tak dlatego, że potrzebuje zachęty do podjęcia wyjątkowego zadania, lub też umocnienia w przetrwaniu niezwykle ciężkiego doświadczenia, którego w inny sposób by nie zniósł. Jednak to dar wiary jest tym, czego najbardziej potrzebujemy. To właśnie wiara uczy i kształtuje nasze serca.

Wiara oczyszcza duszę tak samo, jak ogień oczyszcza złoto. Kiedy opuszczają nas wszystkie siły i zabezpieczenia, mamy szansę odkryć, na samym dnie naszej opustoszałej duszy, tajemnicze, ciche bogactwo. Właśnie na samym dnie tej pustej skorupy leży prawdziwa siła; nie jest to ludzka moc, nie są to pieniądze, ani mądrość tego świata ani przemyślny system samoobrony…lecz wolna wola; świadoma decyzja, aby kochać i żyć prawdą. Ludzka wolna wola – ta przedziwna zdolność, którą jakże często wykorzystuje się do zdobycia majątku albo zaszczytów, lub też, w najgorszym przypadku, do uzyskania iluzji panowania nad tym, do czego ją wykorzystujemy. Kiedy jednak jesteśmy ogołoceni ze wszystkiego i doświadczamy fundamentalnej ludzkiej słabości, wiara szepce nam do ucha dobrą, zaskakującą nowinę, że człowiek nie jest Bogiem, że nade wszystko potrzebuje zbawienia – i że Zbawiciel już przyszedł.

Świety Józef był taki sam, jak my. Z pewnością nie było mu łatwo. Czy doświadczał słabości? Gdy tak siedział w ciemnościach, czy nie czuł się przytłoczony tą przeogromną odpowiedzialnością, aby chronić i wychowywać to tajemnicze Dziecko; Dziecko, które już u początku swojego życia było odrzucone i znienawidzone przez świat? Czy wołał w ciemności pustyni, czy podnosił oczy ku niebu, szukając znaków nadziei? Czy błagał o słowa pocieszenia? Czy jakieś otrzymał? Z pewnością przypominał sobie pieśni i wołania swojego ludu, które niegdyś były źródłem pocieszenia: ” Do ciebie wołam, Panie, pospiesz mi z pomocą! Usłysz głos mój, gdy wołam do ciebie!”

Czy spoglądając na śpiące Dziecko rozumiał, że to delikatne maleństwo jest odpowiedzią na jego pytania, Słowem Boga, które w swojej słabości będzie silniejsze niż połączone w jedno lęk i nienawiść całego świata? Czy pojął to niezwykłe przesłanie zawarte w tym śpiącym Niemowlęciu – że Bóg się nie spóźnił, lecz nas uprzedził. Ojciec wyprzedził nasze lęki, wieczne wątpliwości i pytania – i zamieszkał wśród nas. Bóg z nami, Emmanuel.

Nagle poczułem, że moje serce jest spokojne. Kiedy myślałem o tym dobrym człowieku, Józefie z Nazaretu, pojąłem, że Bóg ma dla mnie to samo przesłanie, jakie miał dla niego. Jest to słowo dla wszystkich ojców o niespokojnych sercach. Przeczuwałem je, ale wciąż nie mogłem usłyszeć. Nadal był we mnie lęk; bałem się własnej słabości. – Jeśli będzie trzeba – pomyślałem- będę kołysał tę małą dziewczynkę przez całą noc, bylebym tylko mógł usłyszeć. Byłem dziwnie szczęśliwy, mogąc to zrobić. Jeżeli jestem jej potrzebny, mogę ją nieść przez całą noc.

– Tak – wyszeptałem w mrok – Nie mam nic, co mógłbym dać. Tylko tyle. To jest właśnie to, co oddaję Tobie, Panie.

Nagle, bez ostrzeżenia, słowo, na które czekałem, które przez całe swoje ojcowskie życie pragnąłem usłyszeć, było przy mnie; łagodne i stanowcze jednocześnie.

– To Ja jestem – powiedziało Słowo – To jestem Ja, którego dotykasz, kiedy zmieniasz jej pieluszki. To przy maleńkim Chrystusie czuwasz w nocy. Jestem przy tobie. Jestem przy tobie zawsze. W twojej słabości. W środku twojej najcięższej zimy. Czy zechcesz mi zaufać?

Usłyszałem te słowa w najgłębszym zakątku mojej duszy. Ja, wieczne dziecko, zostałem pocieszony. Bóg nie odszedł, ale przyciskał mnie do swojej piersi tak długo, aż ucichł mój płacz.

Myślałem, że Bóg się nie odzywa, a okazało się, że to ja byłem głuchy. Nadal uczę się słyszeć Jego głos, jednak tej nocy po raz pierwszy nauczyłem się słuchać. Usłyszałem odwieczną muzykę, o której nie wiedziałem, że istnieje: prosta piosenka, nareszcie spokojny, głęboki oddech dziecka, wołanie nocnego ptaka, szum sypiącego śniegu, poezja wiatru. Z daleka dobiegł mnie sygnał przejeżdżającego pociągu; w tej nocnej ciszy zdał się jakimś odbiciem ostatecznej trąby, zapowiadającej  wspaniały, cudowny nowy początek, mający gdzieś w oddali swoje miejsce. Potem, z niezwykłą jasnością, zobaczyłem życie mojej żony i dzieci. Nie pojawiła się gwiazda, nie słyszałem chórów anielskich, a jednak w ramionach trzymałem niewinne dziecko, czyste jak anioł, ale będące czymś więcej niż anioł – żywym obrazem niewidzialnego Boga, ikoną Chrystusa. Mocne i piękne słowo, które stało się ciałem, nigdy wcześniej nie widziane i wyjątkowe w swojej niepowtarzalności. Delikatna i silna jednocześnie, przebudzi się, aby zrozumieć, po co żyje i aby nauczyć swój język wyśpiewywać tysiące pieśni. Chociaż ulice naszych miast są bardziej niż kiedykolwiek skąpane we krwi niewinnych dzieci, jej słowo będzie zawsze na jej ustach i ciemność go nie uciszy.

Podniosłem swoją córeczkę i zaniosłem do łóżeczka. Obróciła się i westchnęła, układając wygodnie w pościeli. Delikatnie okryłem ją kołderką, po czym zastygłem na moment, szepcząc bezgłośnie krótką modlitwę. Spojrzałem w okno – śnieg cierpliwie padał na ziemię, jak nieskończone miłosierdzie Boga wypełniające świat.

Zamykając drzwi, usłyszałem ciche -Dobranoc, tatusiu! Kruchy jak betlejemska stajenka, ubogi jak dom w Nazarecie, położyłem się do łóżka. Z szorstkiego płótna mojego cierpienia i bólu, utkałem słowo dziękczynienia.

Ten esej pochodzi z książki Michaela D. O’Briena „Father at Night” wydanej przez Justin Press, Ottawa.

Dziewczynka, o której była mowa, jest już mężatką i mamą czwórki dzieci, wnucząt autora.

9 myśli na temat “Ojcostwo nocą

  1. Przepiękne, poruszające… Rozumiem, że te eseje na razie tylko w oryginale? Za to czym prędzej wpisałam sobie tytuły z wpisu styczniowego o autorze. Dziękuję Mamie pięknie:) I pozdrawiam serdecznie!

  2. Dziękuję za tłumaczenie i umieszczenie tego tekstu Kasiu!!! Już parę miesięcy temu gdy pisałaś o lekturze O’ Briena czułam, że to dla mnie, a teraz WIEM, że to dla mnie! Niezwykle się to czytało nocą, gdy w oktawie Wielkiejnocy padał śnieg…

  3. A ja właśnie skończyłam Dzień gniewu… Poruszająca powieść, jak i poprzednia część. To nie jest literatura, która pomaga zachować (nie)święty spokoj. Raczej wzbudza święty niepokój:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s