dzieci · edukacja · inspiracje · rodzina

Dziennik podróży, część trzecia

IMG_7086

W dzisiejszym świecie wszystko robimy bardzo szybko. Próbujemy również szybko wypocząć, co ma tę wadę, że trudno jest to zrobić. Zanim odnajdziemy się w nowym miejscu, w nowej rzeczywistości; zanim odetchniemy innym powietrzem i popatrzymy na twarze ludzi wokół nas; zanim zrozumiemy język jakim do nas mówią, ich mowę ciała, rodzaj dowcipów z jakich się śmieją i sposób, w jakie je opowiadają – już przychodzi pora wyjazdu. Dawno temu ci, których było na to stać, wyjeżdżali na całe sezony: jadę na zimę do Włoch albo jesień spędzę w Baden Baden („słyszałem, nie musi Pan dwa razy powtarzać”). Mniej zamożni wyjeżdżali do Zakopanego, Nałęczowa czy… Otwocka.

Nauczeni przykładem poprzednich pokoleń (chciałoby się powiedzieć: przodków – ale nie wiemy, gdzie wypoczywali) staraliśmy się urlopować dłużej: udało się nam więc spędzić kiedyś miesiąc w Lanckoronie (o tym innym razem), w którymś kolejnym roku miesiąc w Jurmala nad Zatoką Ryską (o tym też przy okazji), zaś nad naszym morzem (w sumie tym samym, co w Rydze) najczęściej robimy tak, że Mama zostaje dłużej, a Tata spędza część czasu, po czym dojeżdża tam i z powrotem.

Obserwuję, że wiele korporacji zagranicznych zaczyna coraz częściej wysyłać polskich pracowników na takie same urlopy, jakie biorą osoby pracujące w centralach tych firm rozsianych gdzieś po całym świecie. Zjawisko krótkiego urlopu dotyczy głównie „białych kołnierzyków”. W firmach produkcyjnych, np. w koncernach samochodowych po prostu zamyka się na sierpień fabrykę i wszyscy mają – chcąc nie chcąc – wolne. No, nie wszyscy: w fabrykach pracują wtedy służby remontowe, serwisowe itp., przygotowując zakład, maszyny i pomieszczenia do kolejnego roku pracy. Natomiast wiele firm usługowych, np. banków czy zakładów ubezpieczeniowych musi być dostępnych po prostu zawsze. Notabene, będąc swego czasu odpowiedzialnym za informatykę w kilku firmach finansowych, pamiętam te liczne Sylwestry spędzane w pracy z uwagi na słynne „zamknięcie roku”.

Wracają do meritum: długi urlop ma dużo zalet, ale tę wadę, że w naszym ogrodzie pojawiają się już to poziomki ,już to porzeczki – a nas nie ma. To znaczy ktoś zawsze jest, bo albo dziadek (a właściwie pradziadek) albo któreś z dzieci – bo większość z nich jest już w takim wieku, że jeździ z nami rzadko i spędza wakacje po swojemu.

46e0f-img_9489

W wielu licealno-studenckim wyjeżdżaliśmy dużo w góry, a potem, jako się rzekło, zaczęło się morze, więc góry stały się nieco rzadsze. Na Kaszubach jednak tak nam się spodobało, że nigdy takiego ułożenia się spraw nie żałowaliśmy. Byliśmy zresztą nie tylko w Białogórze i okolicach, ale kilka razy odpoczywaliśmy w okolicach Bytowa czyli na obrzeżach tzw. Szwajcarii Kaszubskiej.

Jednym z najistotniejszych elementów tej całej kaszubskiej układanki, który nas bardzo zainteresował stały się dawne dwory, pałace i zamki. Straciły już swój charakter obronny, jaki miały przed wiekami i stały się z czasem rezydencjami właścicieli lub dzierżawców niekiedy ogromnych, a niekiedy mniejszych majątków. W okolicach Białogóry, która była dla nas na wiele lat centrum wypadowym takich właśnie siedzib dawnych majątków można naliczyć aż kilkadziesiąt. Nie wiem, czy fakt, że w porównaniu do Mazowsza czy Podlasia zachowało ich się tak wiele wynika z tego, że Kaszuby były bogatsze, z tego że było tu więcej siedzib murowanych, a tam drewnianych – czy też z układu działań wojennych pod koniec II wojny. Budynki dworskie zostały najpierw dokładnie okradzione (sprzęty, meble, wyposażenie fabryczek, maszyny rolne, a nawet tory kolejowe były wywożone na wschód), potem zaś przerobione na siedziby PGRów lub mieszkania dla pracowników. Rozwiązanie PGRów i zmiana systemu gospodarowania na roli pozostawiły te budynki w latach 90-tych w opłakanym stanie: niektóre zostały już wtedy odkupione / przejęte od gmin czy innych następców prawnych; inne do dziś nie mogą ciągle znaleźć się w tzw. „dobrych rękach”.

Na terenach na północ od Wejherowa właścicielami wielu dóbr byli Krokowscy, znani też jako von Krockow – w zależności od czasów oraz gałęzi rodu. Trudno w tym miejscu omawiać całą historię tej rodziny, która zaczyna się na początku XIII wieku i obfituje w różne zwroty wydarzeń – zainteresowanych odsyłam do strony zamku w Krokowej: http://zamekkrokowa.pl/pl/historia-zamku-i-rodziny-von-krockow/ oraz Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Krokowa. Dość powiedzieć, że warto poznać tam kawał historii i zmierzyć się z trudnym pytaniem: jak ja zachowałbym / zachowałabym się w ich sytuacji na początku II Wojny Światowej. Wówczas to jeden z synów ostatniego właściciela majątku dosłownie strzelił sobie celowo w stopę, okaleczając się tak, by nie zostać wcielonym do Armii Niemieckiej i jednocześnie być w stanie zarządzać majątkiem w czasie wojny (jego trzej bracia zginęli na Froncie Wschodnim).

Rodzin tych było oczywiście wiele; można m.in. wspomnieć Fliessbachów, którzy pojawili się na Pomorzu dość późno, bo na początku XIX wieku, bowiem do 1807 roku majątki rycerskie na Pomorzu mogły nabywać jedynie rodziny szlacheckie. Prawo to zostało rozszerzone na mieszczan i zamożnych gospodarzy, a jednymi z pierwszych, którzy z niego skorzystali byli właśnie Fliessbachowie, którzy zakupili majątek Kurowo, a w miarę upływu lat posiadali także Jackowo, Osieki, Choczewko.

Wśród majątków – albo ich pozostałości – w okolicach Choczewa i Krokowej my zwiedziliśmy następujące (wybór jest subiektywny i niepełny, a kolejność na liście trochę geograficzna, trochę przypadkowa):

 

Prusewo

 

IMG_7302

IMG_5829

Dwór obecnie w rękach prywatnych, przerobiony na elegancki hotel. W sezonie dostępna restauracja z widokiem na niewielki ogród w stylu angielskim. (Hm, hm tu Mama się włączy. Taty opis Prusewa jest jakby odrobinę zbyt ascetyczny. Prusewo kupiła pewna Pani z Wielkiego Miasta i jej kobiecą rękę widać w każdym dosłownie miejscu, począwszy od prostych, ale uroczo skandynawskich hotelowych pokoi, poprzez bezpretensjonalny wystrój restauracji, aż po piękniejący z każdym rokiem park i ogród. Warto pojechać i zobaczyć, a także zjeść dobry obiad, a jeśli pora nie obiadowa, to choćby melona z szynką parmeńską. Mama zjadła ten przysmak po raz pierwszy właśnie w Prusewie tak ze sto lat temu i zakochała się w nim na wieki.)

IMG_5822

 

 

Bychowo

IMG_7333

IMG_7332

 

Jeden z dworów przejętych od PGR i odrestaurowanych bardzo wcześnie, bo już w połowie lat 90-tych. Podobnie jak w Prusewie, hotel plus restauracja udostępniana w sezonie letnim. Duży park, właściwie las; piękną, dziką ścieżką idącą wzdłuż Bychowskiej Strugi można przejść około 1,5 km do pomnika jednego z ostatnich przedwojennych właścicieli tego majątku i dalej do stawów hodowli pstrąga w Bychówku (tutaj można też dojechać samochodem z szosy Prusewo-Bychowo i za bezcen kupić świeże ryby; niestety, trzeba je samemu obrządzić – ale warto!)

IMG_5502

( Hop, hop, tu znowu Mama. Spacer ścieżką wzdłuż potoku to absolutny must do dla każdego, kto spędza wakacje w okolicy. Jest to niewątpliwie jedno z piękniejszych miejsc, jakie Mama widziała w życiu)

 

 

Lublewko

 

Tutaj, podobnie jak w wielu innych miejscach, dwór przerobiony został na mieszkania. I tak jest do dziś. Wejść nie można i nie ma po co. Zdjęć nie posiadamy.

 

 

Osieki Lęborskie

IMG_0779

Pierwszą rzeczą, jaka zastanawia po wjeździe do Osiek jest stara brukowana droga: dlaczego idzie takim łukiem: omija kościół od tyłu, zaś od połowy idzie wzdłuż muru, za którym są tylko krzaki? Dworu długo nie mogliśmy znaleźć, są za to od razu widoczne, naprawdę imponujące budynki gospodarcze. Obecnie droga asfaltowa idzie prosto przez wieś, zaś wzdłuż drogi brukowanej, po drugiej stoją kolejne zabudowania dworskie. Gdzie więc ten dwór? Otóż w latach 70-tych postanowiono zbudować w Lubiatowie (nieczynną dziś i straszącą tonami betonowych budynków) wyrzutnię rakiet. No i tak się zdarzyło, że dwór – zniszczony mocno – stał tak akurat pośrodku wsi. Wojskowi planiści długo się nie zastanawiali: zamiast przeprowadzić nową, szeroką, potrzebną wojskowym pojazdom drogę wokół wsi, przeprowadzili ją idealnie przez środek pałacu. Dziś można zostawić samochód przy kościele – notabene dawniej ewangelickim, wokół którego widać jeszcze pozostałości cmentarza i bardzo nieliczne nagrobki – i przejść się około 100 metrów w stronę Kopalina. Na asfalcie widać wyraźnie wgłębienie o kształcie piwnic pałacowych, a krzaki po obu stronach tego miejsca to pozostałości ogrodu i parku, jakie niegdyś otaczały ten pałac. No cóż…( Mama radzi, aby spróbować w niedzielę wejść do kościoła, bo jest jakiś taki wzruszający, w tym swoim podworskim sieroctwie. Maleńki, bielutki, przypomina trochę wytwornego, siwego staruszka, o szlachetnej twarzy, ze śladami dawnej urody…Historia ostatnich właścicieli Osiek jest bardzo smutna. Ostatnim właścicielem majątku był rotmistrz Eberhard von Köller, najstarszy syn Adolfa von Köller. Żona Eberharda zmarła nagle, z tajemniczych przyczyn, 10 stycznia 1942. Większość osób podejrzewała samobójstwo. Niektórzy mówili, że za śmierć pani odpowiadał złośliwy, fanatyczny miejscowy przewodniczący partii NSDAP Noeske, który zawiadomił Gestapo o nieprawomyślnych poglądach pani von Koller, która wśród swoich znajomych bardzo negatywnie wyrażała się zarówno o Adolfie Hitlerze, jak i o prowadzonej wojnie, która według niej miała się zakończyć sromotną klęską Niemiec. Najprawdopodobniej żona Eberharda odebrała sobie życie, zażywając zbyt dużą dawkę tabletek nasennych. Miał być to sposób na uwolnienie rodziny od podejrzeń i ciągłych przesłuchań Gestapo. Eberhard od tego czasu mieszkał ze swoimi czterema niezamężnymi siostrami – Julie, Brunhild, Firedą i Elisabeth. Zajmowały one lewe skrzydło pałacu, które dosyć złośliwie nazywano klasztorem.  Eberhard został rozstrzelany przez żołnierzy radzieckich, gdy próbował bronić plądrowanego majatku, 17 marca 1945 r, w tydzień po zajęciu Osiek. . Grób rodziny von Köller znajduje się po lewej stronie przed wejściem do kościoła w Osiekach)

IMG_0780

 

 

Lublewo

IMG_0894

To nasze ulubione miejsce, które trzy lata temu udało nam się zwiedzić z ówczesnym właścicielem. Ogromny dwór wraz z parkiem i wielkim budynkiem dawnej suszarni zboża był wówczas wystawiony na sprzedaż za 650 tys. zł. Już zaczęliśmy robić zbiórkę wśród znajomych z myślą o jakimś wspólnym przedsięwzięciu – ale niestety ubiegł nas jakiś miejscowy biznesmen. Niestety, nic się tam od tego czasu nie zmieniło.

Dwór w stylu przypominającym francuskie wille z Riwiery ma kilkanaście pokoi; niestety po pięknych piecach kaflowych zostały już tylko wspomnienia. Niedaleko płynie Bychowska Struga, widać ciągle pozostałości kolejki wąskotorowej, która od 1903 roku do lat 60-tych woziła ludzi i towary. Słowem.. pomimo wszechogarniającej ruiny można tu łatwo przenieść się w wyobraźni w przeszłość.

Nasze lublewskie marzenie, Mama opisała TU Niebieskie Migdały

IMG_0231

 

 

Ciekocinko

IMG_7157

To tutaj właśnie Armia Czerwona dogoniła wczesną wiosną 1945 r. uciekający tabor rodzin von Krockowów i von Puttkamerów. Dwadzieścia lat temu nie zaglądaliśmy za płot, bo nie było po co: ruina, jakieś ohydne zabudowania z czasów socjalizmu, wszystko zamknięte na zardzewiałą kłódkę. Potem nagle coś zaczęło się dziać, ale nie wiedzieliśmy co. I nagle, trzy lata temu objawił się piękny mur ceglany, widzieliśmy jakieś konie i myśleliśmy, że to jakaś prywatna rezydencja. Ale nie. Dziś wiemy, że włożono tutaj wiele milionów złotych i zrobiono z tego – zgodnie z założeniem nowego właściciela – miejsce, w którym goście mają się czuć tak, jakby przenieśli się w XIX wiek. Pałac, a właściwie zamek odrestaurowano jako 5-cio gwiazdkowy hotel, odtworzono park, zbudowano dwa ogromne parkury dla koni wraz z trybunami – jest to centrum hippiki, do którego zjeżdżają wielbiciele najlepszych koni z całej Europy – słowem: prawie ideał; miejsce odpoczynku najbogatszych. Wszystko w najlepszym guście i jakości; do wyboru do koloru: pokoje w stylu biedermeier, secesja lub fin-de-siècle.

Zdecydowanie warto zajrzeć: i do zamku i do parku.

IMG_7126IMG_7135

 

 

Ciekocino

IMG_7110

Po dwudziestu latach jeżdżenia udało nam się zastać kościół otwarty! Spotkany starszy, 80-letni pan przedstawił nam się bardzo prosto: jestem zakrystianinem i grabarzem w jednej osobie, opiekuję się kościołem tak, jak mój ojciec się nim opiekował. Milicjanci przyszli kiedyś do ojca z żądaniem wydania kluczy do kościoła. Ponieważ nie chciał, wzięli go na posterunek do Choczewa i tak ciężko pobili, że przez wiele miesięcy nie mógł dojść do siebie W końcu był tak prześladowany, że na wiele lat wyprowadził się do Szczecina. Jednak syn wrócił i mieszka tutaj z żoną – o w tym domu tam z tyłu! Lubię te tłumaczenia miejscowych: pojedziecie cały czas prosto… to znaczy będzie najpierw w lewo, potem koło tego słupa elektrycznego, to znaczy przed słupem co go prawie nie widać skręcicie w prawo, potem jeszcze dwa kilometry i jeszcze dwa razy w prawo… no i tak; prosta droga!

A wracając – ponownie – do meritum: ciekawy, poewangelicki kościół pw. św. Piotra i Pawła, z oszkloną zakrystią umieszczoną w nawie głównej, zaraz przy wejściu do kościoła. Dawna zakrystia / kaplica boczna po prawej stronie prezbiterium nie istnieje (rozebrana po wojnie). Właśnie zaczyna się remont, zaplanowany przez proboszcza z Sasina (to jego kościół filialny) na 7 lat. Módlmy się o światłych architektów!

A tak à propos Sasina i mojej teorii o Sasinach (vide część 1), którzy z okolic Lubawy przybyli w XIII-XIV wieku uciekając przed wojami księcia mazowieckiego i krzyżakami, to Ciekocino nosiło kolejno w swojej historii nazwy: Sakrzisch, Czakentzin, Sakenzin, Sakenzin, Zakenzin, Zackenzien, Zackenzin, Zakonczyno,  Zakęciny, Ciekocino. Czy nie przypomina to nazwy Sasini z wtrętem eufonicznym w postaci spółgłoski „k”? A może jeszcze – idąc dalej: Lublewo to jakaś przekręcona Lubawa (na tej samej zasadzie przecież nasi XIX i XX wieczni emigranci do Stanów tworzyli liczne tam dziś Warszawy, Krakowy i Częstochowy). Idąc ekstremalnie daleko można by równie dobrze stwierdzić, że Krokową założyli w XII-XIII wieku emigranci z Krakowa.

IMG_7381

 

 

Choczewko

W ciągu ostatnich 5 lat wokół ładnego, ciągle remontowanego dworu, wyrosły niestety gigantyczne magazyny przetwórni owoców. O ile dwór wciąż jest ładny, to otoczenie – mocno industrialne, delikatnie mówiąc. Na miejscu właścicieli nie remontowałbym go, tylko rozebrał i przeniósł z kilometr dalej. No… chyba, że – dawnym zwyczajem będzie służył jako siedziba zarządu majątku – biznesu owocowo-warzywnego.

 

Sasino

Do pałacu prowadzi droga, która kończy się wśród domków letniskowych. Potem starodrzew i piękny park. Ale pałacowi jakby czegoś brakuje: coś nie tak w proporcjach, jakieś nietypowe wejście główne – mało reprezentacyjne w stosunku do bryły i charakteru budowli. Słowem… byliśmy tu ze dwa razy, ale bez rewelacji. Miejsce jakby gdzieś zgubiło duszę.

 

Jackowo

W roku 2000 odbyła się tutaj słynna wyprawa przez bezdroża: samochód Astra Classic Combi z 5 osobami na pokładzie, w tym jedną w zaawansowanej ciąży… przedarł się przez opustoszałą polną drogę i nie zgubiwszy zawieszenia dotarł do Jackowa ze Słajszewa (nie przez Biebrowo, tylko na wprost). Wjazd na taką drogę ma w sobie coś z przekraczania Rubikonu: nie ma odwrotu; nie ma gdzie zawrócić, a jazda tyłem przez 2 kilometry po drodze z koleinami po traktorach nie należy do łatwych J

Jednak ekstremalne doświadczenie było na tyle warte powtórzenia, że nasz wysłużony Espace parę lat temu też dał radę! (Żeby nie przestraszyć: dziś można nią znacznie łatwiej przejechać – została nieco wyrównana).

Przejeżdżając przez skrzyżowanie na wprost wjeżdża się do wsi, gdzie widnieje niewielki dwór, należący – jak się rzekło – do klucza dóbr Osieków i Ciekocina. A chwilę dalej – Kierzkowo, gdzie w dwóch gospodarstwach zaopatrujemy się od wielu lat w mleko i w miód.

IMG_7245

 

 

I tym sposobem zrobiliśmy krótki, subiektywny przegląd północnych i wschodnich okolic Choczewa. Ciąg dalszy w następnym odcinku…

2 myśli na temat “Dziennik podróży, część trzecia

  1. Dziękuję Tacie za Dziennik… Czyta się fantastycznie! Tereny bardzo mi bliskie i znane. Chociaż, jak widzę, nie aż tak dobrze jak WAM! Jestem pod wrażeniem. Od ponad 30 lat jeżdżę w okolice Sasina. Znam niemal każdą dróżkę, każdy głaz, ambonę, czy dorodny dąb, których na tych terenach jest sporo. Polecam przepiękny kościółek w Roszczycach (ok. 8 min drogi z Sasina w kierunku Wicka). Filialny parafii z Sarbska. Cudo. Czekam na dalsze relacje z Waszych podróży i oczywiście pełne kobiecej mądrości wpisy Mamy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s