adwentowo · Boże Narodzenie · wiara

Ostatnia prosta

 

1470199_10201865756823186_2006512010_n

Zostało tylko kilka dni. Tegoroczny Adwent, może dlatego, że krótszy, jakoś bardziej dał się odczuć, przynajmniej w Dużym Domu. Mama mocniej niż zwykle zanurzyła się w tę niezwykłą przestrzeń oczekiwania. Każde czytanie było jakby pierwszy raz słyszane, a jednocześnie znane tak dobrze, jak własne ciało. Najpierw Głos, który rozlega się w mroku, który każe przygotować drogę, wyrównać pagórki, podnieść doliny. Mama, która w tym roku czuje się zupełnie wyjałowiona, pusta i niema, dużo czasu spędza w ciszy i milczeniu przed tą jedyną Obecnością, przed którą wystarczy być. Trwając tak po prostu w pustym kościele, Mama widzi gdzieś w swoim sercu, a może w głowie, różne obrazy, jak slajdy rzucane na białe prześcieradło. Cyk, slajd pierwszy – w mroku widać przygarbione, pokrwawione plecy – Mama aż kurczy się z bólu i wstydu, bo wie, z jakiego powodu spływa krzywą stróżką kolejna kropla.

Slajd drugi – Mama przytulona do Jego rąk, przytulona ciasno do Jego kolan, jak małe dziecko, o którym już dawno zapomniała, które jakoś zgubiła. Jego obecność w niej – ojciec Badeni pytał kiedyś – Czy czujesz coś podczas komunii? Co czujesz, kiedy On w ciebie wnika? Mama nagle na nowo, a może nawet po raz pierwszy tak silnie, uświadamia sobie, że przez te kilkanaście minut fizycznej obecności Boga w niej, staje się Tabernakulum, Monstrancją, przed którą klękają aniołowie.

Slajd trzeci – Mama widzi nad sobą płaszczyznę rozpinanego namiotu, wokół staje się jeszcze większa cisza, cały świat wokół Mamy jakby zastyga, nieruchomieje. Psalm przypomina, że On sam ukryje nas, przechowa w swoim namiocie. Mama przez to krótkie mgnienie wieczności, czuje się kompletnie, absolutnie bezpieczna. To nawet nie jest uczucie, to jest pewność, jaką każdy z nas miał we wczesnym dzieciństwie, kiedy któreś z rodziców brało na ręce, albo kiedy zapadało się w sen, będąc ciasno otulonym kołdrą przez mamine ręce.

Slajd czwarty – nad Mamą pochyla się On, wyciąga ręce i nagle widać jakby płomyk przeświecający przez Jego złączone dłonie. Jakkolwiek by to zabrzmiało, Mama czuje się przeniknięta tak wszechogarniającą miłością, że prawie nie jest w stanie oddychać. Mama wie, że ten pełgający płomyk to ona, ona sama, jej serce, jej życie. Gdyby nie to, że osłaniają go z obu stron te złączone dłonie, zgasłby.

Czekamy na Boże Narodzenie. Zaciskając zęby staramy się przetrwać ten czas wzmagającej się, napierającej ciemności. Jeszcze kilka dni i nastąpi przesilenie; powoli, malutkimi promieniami światło zacznie torować sobie drogę, przenikać przez tę nieprzeniknioną czerń. Nieprzypadkowo Kościół wybrał datę 25 grudnia na świętowanie narodzin Tego, który jest sam jest światłem. Nie chodziło o chrzczenie jakichś pogańskich obrzędów, ale o przebóstwienie natury, uświęcenie czasu. Sama natura pokazuje nam Boga. Apokryfy mówią, że kiedy Dzieciątko przyszło na świat, ciemna grota wypełniła się blaskiem. Nie wiemy, jak wyglądał sam poród – różne źródła podają, że Maryja nie czuła bólu, że On po prostu przeniknął przez nią jak światło, zostawiając ją nietkniętą. Przeszedł mimo drzwi zamkniętych, jak potem, w Wieczerniku. Miejsce w którym się to dokonało, stało się miejscem świętym, celem do którego prawie od początku zaczęli pielgrzymować ludzie z całego ówczesnego świata. Kiedy w czwartym wieku, za sprawą Konstantyna Wielkiego, ustało prześladowanie chrześcijan, postanowiono upamiętnić wszystkie miejsca związane z Chrystusem, w tym Grotę Narodzenia. Przykryto ją wspaniałą świątynią, jak czapką, ale ona sama została taka, jak była. Kamienna, uboga, maleńka – Bóg wybiera zawsze to, co niemocne, aby nas wszystkich trochę, chociaż trochę, zawstydzić. Nas, którzy uważamy się za władców wszechświata i którzy zapominamy, jak bardzo kruche jest nasze wnętrze.

Inny adwent. Mama widzi, że nie tylko ona jest przesycona przesłodzonymi gwiazdkowymi dekoracjami – jest tego tak dużo, że człowiek nie jest w stanie wszystkiego przyswoić, przetrawić; wszyscy cierpimy na jakiś rodzaj estetycznej niestrawności. Co i rusz Mama natyka się w blogosferze na świadectwa tej niestrawności. Buntujemy się przeciwko tej przestylizowanej świątecznej poprawności rodem z Instagrama – i to jest taki zdrowy, ludzki odruch. Co za dużo, to niezdrowo, powtarza sobie Mama, i zamiast sześciu papierowych gwiazd, kupuje tylko cztery. Dobrze jest dni święte święcić ozdabiając swoje domy, ale niech te dekoracje nie trącą, excusez le mot, trupem. Niech kryje się za nimi żywa i prawdziwa radość z narodzenia tego Maleńkiego, ułożonego w żłobie, bo nie było dla niego miejsca w gospodzie. Już Mama to kiedyś pisała, ale powtórzy: czy pamiętamy CO świętujemy? Czy pamiętamy PO CO świętujemy? Przedziwna właściwość czasu, który nagle staje się kairosem i który sprawia, że to, co dokonało się dwa tysiące lat temu, dzieje się TERAZ. Jesteśmy zaproszeni wszyscy, bez wyjątku, aby w tę przestrzeń wejść.

Jeśli przyjmiemy to zaproszenie, to cała nasza krzątanina; te wszystkie pierogi, pierniki i pasztety staną się prześliczną, cenną ofiarą – dla Niego. Co możemy Mu dać, oprócz naszej ludzkiej miłości, która wyraża się w taki ułomny, pokorny sposób?

Bydło, pasterze, siano – kto by tak wymyślił? Taki scenariusz przyjścia Mesjasza? A myśmy się spodziewali… Dajmy się Panu Bogu wykazać. Dajmy się mu zaskoczyć, my – mądrale. Urodzinowa niespodzianka.

8df5b-img_1819

Mamy ostatnio ulubiona. Posłuchaj.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s