dzieci · edukacja · wychowanie

Pozwolić odejść

IMG_5463

Co jakiś czas pojawiają się w sieci memy na których widzimy dzieci z naszej odległej galaktycznej epoki lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, robiące fikołki na trzepaku czy grające w piłkę na, o zgrozo, asfaltowym podwórku. Podpis jest zawsze ten sam – jeśli masz podobne wspomnienia, podaj dalej. To prawda, mam podobne wspomnienia. Pierwszy raz wyszłam sama na podwórko mając chyba cztery lata i obarczona byłam młodszym bratem, którym miałam się opiekować. Brat miał trochę ponad dwa lata. Pamiętam, że reguła była tylko jedna: nie wolno nam było wychodzić na ulicę; co do reszty, obowiązywała pełna dowolność. Jako siedmiolatka uwielbiałam samotne wyprawy rowerowe po naszym osiedlu. Osiedle było duże, stale rozbudowywane, dlatego pełne tajemniczych, fascynujących miejsc. Przywoziłam do domu całe torby klepki podłogowej, swobodnie rozrzucanej przez klasę robotniczą. Paseczki drewna, cieniutkie i płaskie, świetnie nadawały się do budowy zamków i głębokich studni. Miałam swoje tajne miejsca, o których nikomu nie mówiłam. Niektóre były po prostu kryjówkami w których można było czytać, a potem obsadzać samą siebie w głównych rolach najbardziej niezwykłych przygód, zainspirowanych tym, co właśnie przeczytałam. Inne miejsca, równie pilnie strzeżone, były czymś w rodzaju kopalni odkrywkowych i dawało się tam znaleźć najfajniejsze kawałki szkła do robienia sekretów (pamiętacie?!), a także różnokolorowe cegły, czerwone i pomarańczowe, z których później tarło się buraczki i marchewkę. Do domu wracałam tylko wtedy, kiedy musiałam – na obiad, albo odrobić lekcje albo jak przychodzili goście. Tylko chorzy siedzieli w domach. Podobnie było podczas wakacji. Rodzice i inni dorośli spędzali swoje nudne urlopowe życie grzejąc się na kocu, a dzieciarnia podbijała okoliczny świat. Nikt nie wpadał w panikę, kiedy dzieci znikały z oczu, raczej oddychał z ulgą i otwierał smakowicie grubą książkę. Czasy się jednak zmieniły, jak to czasy, i rodzice zaczęli się bać. Niewątpliwą winę za tę epidemię lęku ponoszą media ze swoim motto „bad news is good news”. Telewizory stojące w domach na całym świecie zalały ludzkość szambem zbrodni, morderstw, oszustw, porwań, bardzo często z dziećmi w głównych rolach. Tymczasem prawda jest taka, że nasze dzieci żyją w czasach właściwie najbezpieczniejszych w historii. Śmiertelność niemowląt jest najniższa od dziesiątek lat.  W Polsce umieralność niemowląt i noworodków od lat dziewięćdziesiątych XX wieku nieprzerwanie spada, w 2010 r. zmarło u nas 2057 dzieci poniżej pierwszego roku życia, na ponad 800 tysięcy dzieci z tej grupy wiekowej. Współczynnik zgonów noworodków zmniejszył się do 5 na 1000 urodzeń żywych.  Wbrew obiegowej opinii, zmniejsza się też stosowanie przemocy wobec dzieci; coraz więcej rodziców świadomie wybiera wychowanie pozbawione argumentu siły i kar cielesnych. Również wbrew obiegowej opinii spada liczba zaginionych dzieci; spośród wszystkich zgłoszeń 95 procent dzieci i młodzieży trafia do swoich domów w ciągu siedmiu dni od zaginięcia. Pomimo propagandy rozsiewanej w mediach o „niebezpiecznych obcych”, przyczyną znakomicie większej części zaginięć dzieci są wrogo do siebie nastawieni rozwiedzeni małżonkowie, partnerzy lub inni członkowie rodziny dziecka. Jednak jak zalękniony rodzic ma nabrać zdrowego dystansu do wtłaczanych mu do głowy i podświadomości statystyk, kiedy świat rozsyła wokół takie mrożące krew w żyłach filmiki jak ten o „eksperymencie socjologicznym”. Inicjator tego eksperymentu, prankster Joey Salads ( prankster to ktoś, kto lubuje się w dowcipach sytuacyjnych) próbuje udowodnić, jak łatwo jest uprowadzić dziecko z palcu zabaw, praktycznie na oczach matki, posługując się słodkim szczeniakiem jako rekwizytem. ” Twoje udostępnienie może uratować dziecko” głosi podpis pod filmem, nic więc dziwnego, że w ciągu pół roku nagranie zyskało 10 milionów odsłon. Czy jeszcze ktoś jest zdziwiony, że rodziców paraliżuje paniczny lęk o dziecko? Ten lęk powoduje, że rodzice są coraz bardziej zmęczeni swoim rodzicielstwem, popadają w zniechęcenie albo wręcz depresję, często krzyczą na swoje dzieci bez powodu, a kiedy ochłoną, pogrążają się w otchłani poczucia winy, że są beznadziejnymi rodzicami.

Zaczynamy monitorować nasze dzieci już od pierwszych chwil ich życia płodowego; każda wizyta u lekarza łączy się na ogół z jakimiś high tech procedurami – usg badające przezierność karku, usg połówkowe, usg przedporodowe, usg okołoporodowe, badania przesiewowe… Czy naprawdę w zdrowej, prawidłowej ciąży lekarze muszą serwować je wszystkie? Czy naprawdę musimy leżeć podłączone do aparatów mierzących tętno płodu i każdy skurcz, podczas gdy poród przebiega książkowo i bezproblemowo? Te wszystkie procedury, chociaż niewątpliwie nieraz ratujące życie zarówno matki jak i dziecka, budzą w nas jednak pewien nie do końca uświadomiony niepokój o to, czy wszystko jest w porządku. Im częściej potwierdzamy sobie, że wszystko jest okej, tym bardziej potrzebujemy nowych potwierdzeń. Naszej atawistycznej zabobonności udaje się nas przekonać, że im więcej badań zrobimy, tym większą będziemy miały pewność, że nasze dziecko urodzi się zdrowe.

Przeskoczmy teraz z sali porodowej do podstawówki: osiemdziesiąt dziewięć procent rodziców nie zgadza się na samotną wędrówkę i powrót dziecka ze szkoły. Gdyby mnie w swoim czasie odprowadzała do szkoły mama, tata czy babcia, chyba spaliłabym się ze wstydu. Ze szkoły wracało się godzinami – zanim się człowiek popojedynkował na worki, przeszedł stópkami większość krawężników, powłaził na każdą drabinkę na każdym mijanym podwórku i nagadał się z koleżanką pod klatką, czas mijał. A teraz sama łapię się na czujnym wyczekiwaniu na Joasię i wydzwanianiu do niej, kiedy jej powrót opóźni się choćby kwadrans… Tak, wiem, że wiele dzieci dojeżdża do swoich szkół – a propos, od kiedy twoje dziecko samo może jeździć po mieście? Autobusem, pociągiem czy choćby na rowerze?

Wielu rodziców czuje dyskomfort na myśl, jak bardzo współczesne dzieci są ubezwłasnowolnione; głupio im, że stają się karykaturalnymi „rodzicami helikopterowymi”, ale jakoś nie potrafią sami odkręcić tej spirali kontroli. Zabawny cover The Holderness Family „every day we’re hovering” (codziennie wiszą nad nami) pomaga nam nabrać trochę dystansu.

Organizujemy dzieciom zabawę, znajomych, atrakcje, zajęcia, sporty – można wymieniać w nieskończoność. Dzisiejsze nastolatki borykają się z odpowiedzią na elementarne pytania „czego chcę?”, „co mnie interesuje?”, „co lubię robić?”, „kim chciałbym zostać?” Przez nasze nadskakiwanie i wypełnianie czasu po brzegi, nasze dzieci nie mają szansy poznać samych siebie. Obdarowane grubo przedwcześnie wirtualnym światem ze smartfonów, gubią się w rzeczywistym świecie. Szesnastoletnia Ania Shirley była na tyle wykształcona i uformowana, że mogła spokojnie podjąć pracę nauczycielki w avonlejskiej szkole. Moja osiemnastolatka z trudem poprawnie formułuje dłuższą ustną wypowiedź, bo szkoła tego nie wymaga. Jak nasze dzieci, owinięte nieodciętą pępowiną, poradzą sobie w dorosłym życiu?

Ktoś powiedział, że każda matka w pewnym momencie powinna stać się po trosze macochą dla własnego dziecka i zostawić je samo, trochę się przed nim ukryć. Pozwolić popełniać błędy, wymagać pewnych umiejętności – posługiwania się nożem, ugotowania prostego posiłku, zrobienia przepierki własnej bielizny, rozpalenia ogniska, oddania przetrzymanej książki do biblioteki, samodzielnego poruszania się po mieście. Wszystko oczywiście odpowiednio dozując, ale dziesięciolatek powinien już raczej każdy z tych szczebli mieć za sobą.

Najtrudniejsze zadanie każdego rodzica: pozwolić im odejść. Pozwolić popełniać własne błędy i odnosić własne sukcesy. Pozwolić im ponosić porażki, żeby kiedyś byle niepowodzenie nie zwalało ich z nóg. Nie załatwiać za nich konfliktów z nauczycielami czy kolegami, niech sami sobie radzą. Nie dawać im zbyt dużo, nawet, jeśli jesteśmy Rockefellerami. Pozwolić im odejść.

To twarde sztuki. Dadzą radę. A my będziemy z nich bardzo dumni.

 

21 myśli na temat “Pozwolić odejść

  1. Jakże miło Cię widzieć, czyli czytać:)
    Jakże prawdziwy tekst! Dzieci rosną szybciej, niż my.
    Przepierka była u nas wczoraj, ale reszta listy pozostaje do odhaczenia… Sama czuję, że daję dzieciom za mało okazji do popełnienia ich małych błędów i zdobywania doświadczeń. Wyskakuję przed szereg, nie pozwalam im nawet porządnie się pokłócić! A potem dojść do szybkiego i wspólnego porozumienia. Raz nie zareagowałam na czas…:) i byłam świadkiem, jak doskonale poradzili sobie ze sporem, całkiem dotkliwie nawet, ale po 3 minutach emocje opadły i wspólną zabawę udało się kontynuować, jakby nigdy nic… a ja? Gdybym się wtrąciła, trwałoby to wszystko pewnie o wiele dłużej, w dodatku byłoby „po mojemu”…
    Nam faktycznie życia nie ułatwiano. Nie zadawano zbyt wielu pytań. I wyrośliśmy na całkiem zaradnych i porządnych ludzi.
    Dziękuję za ten tekst.
    Od jutra – krok w tył:)

  2. Kasiu, tekst prawdziwy! I jakże smutny 🙁. Dodajmy do tego jeszcze lęk przed donosicielami i falą ograniczeń lub pozbawień praw rodzicielskich, który dociera do mas z zachodu. Piszę, bo ostatnie miesiące mieliśmy takową z tego powodu, że odmówiliśmy części badań na noworodku i wypisaliśmy go ze szpitala zdrowego i dorodnego na własne żądanie w pierwszej dobie życia. Jednak fala policji, pań z mopsu, kurator sądowy i na koniec sąd to już poczucie dużego zagrożenia. Jak żyć w takim świecie z dużą gromadą i nie zwariować?

    1. To prawda, niestety. Parę dni temu tego doświadczyliśmy, kiedy w kafejce Tomek potłukł szklankę, a po 10 minutach cukierniczkę – łaził pomiędzy stolikami i pomimo próśb nie usiadł na swoim miejscu. Został stanowczo za ramię odprowadzony na bok i oczywiście zalał się łzami. Natychmiast jakieś dwie czujne panie rzuciły się na nas z krzykiem, że maltretujemy dziecko i że one zaraz zawiadomią policję. Tomasz oczywiście jeszcze bardziej się rozryczał, bo boi się krzyku, a one tym bardziej się rozsierdzały. Tym razem udało się nam odejść, ale kto wie, jakie czujne patrole będą nas monitorowały za jakiś czas. To jest chyba temat na osobny wpis.

  3. Jak zawsze swietny tekst:).Jedno tylko mnie zastanowilo,piszesz o badaniach ciazowych i okoloporodowych oraz o zmniejszajacej sie sukcesywnie smiertelnosci noworodkow,jednak wydaje mi sie ze wlasnie dlatego smiertelnosc sie zmiejsza bo mamy takie mozliwosci diagnostyczne,co nie zmienia faktu ze owszem nakrecaja przyszlych rodzicow i serwuja dodatkowe stresy

    1. Dano, ja nie kwestionuję zasadności nowoczesnych badań ciążowych, sama jestem ich beneficjentką (chociaż nie wykryto zmian genetycznych u Tomka, chociaż przesłanki były jednoznaczne!) Zastanawiam się tylko, czy konieczne jest tak precyzyjne monitorowanie KAŻDEJ ciąży. Patrzę na moją Natalię i widzę, że żyje trochę od jednego badania do drugiego, a potem się martwi, że są jakieś drobne odchylenia od tak zwanej normy… Badajmy, screenujmy, ale wszystko w granicach zdrowego rozsądku 🙂
      Pozdrawiam ciepło!

  4. Jak miło zacząć dzień od spotkania z Tobą! Mogłabym teraz resztę dnia spędzić na rozmowie , wokół tematu:) Ale…najpierw przypomniałam sobie, jak to oczekując wnuczki przeżyliśmy stres, gdy córka trafiła do szpitala, bo…główka wydala się za mała:) nasze zapewnienia, że jak rodzice mają szczupłe, drobne oblicza, to i dziecko nie będzie miało głowy, jak arbuz trochę pocieszyło zalęknioną mamę, ale niepokój pewnie pozostał…no i mieliśmy rację:) Niedawno wspominałyśmy z koleżanką, jak to od I klasy odprowadzała brata do przedszkola.Pomagała mu się ubrać, zjadali śniadanie,zamykała drzwi na klucz i marsz! Teraz pewnie wkroczyłby prokurator?

    1. Basiu, właśnie przeżywamy to samo, oczekując tym razem wnusi ❤ Wydzwania potem taka młoda mamusia do swojej mamusi jako ostatecznej instancji i trzeba zapewniać, że nie ma normy na dziecko – każde jest unikalne i jedyne w swoim rodzaju 🙂
      Co do przedszkola – jak Tomek był w czterolatkach nie mogła go odebrać z przedszkola szesnastoletnia siostra, z powodu niepełnoletniości. Dodam, że do przejścia była jedna dojazdowa, senna uliczka…Zaprawdę ziszczony sen idioty, na naszych oczach…

  5. Jak miło, że jest kolejny wpis.
    Pierwszy raz jechałam sama autobusem mając 6 lat – chyba niecałe. A pierwsze zakupy zrobiłam mając lat 4 – nie wiedziałam, że całą drogę do sklepu Rodzice obserwowali z balkonu ;).
    Tak sobie myślę, że często zaniedbuje się tę prosta rzecz jaką jest uczenie dzieci samodzielności i podejmowania decyzji. A jak młody nastolatek może podejmować decyzję w drobnych codziennych sprawach i czuje, że te decyzje są przez rodziców respektowane, niekoniecznie bedzie czuł pokusę do udowadniania im swojej dorosłosci przez zachowania ryzykowne…

    1. O to to, dokładnie! Trzeba wypuszczać dzieci z domu i obarczać kolejnymi odpowiedzialnościami, póki mamy na nie wpływ. Mam na myśli wpływ na dzieci. Uważam podobnie jak ty, że winę za tak zwane bunty nastolatków (ale takie prawdziwe bunty) ponoszą nadopiekuńczy rodzice. Zdrowy, samodzielny nastolatek się nie buntuje – może się wykłócać, kwestionować zdanie rodziców, próbować przesuwać granice, ale to wszystko jest normalnym etapem dorastania. Bunt, anarchia nie jest normalna, chociaż wmawia się nam inaczej.

      1. No właśnie – tego potrzebowałam i jakoś czułam podskórnie, że tak to ma być. Wszyscy pytają, jak tam bunt moich nastolatków, czy był i już minął, czy się zaczyna? A moje dzieci uważam, że się nie buntują, co nie oznacza, że zawsze się z rodzicami zgadzają. Wykłócają się, nie zgadzają, mają swoje zdanie i … swoje osądy, o których często nawet nie wiemy. Ale mają do tego prawo. Kształtują się przecież ich własne zdania na różne tematy. To są moje dzieci, ale inne osoby i choć często podobne do rodziców, to przecież jednak inne osoby. Zaplanowane przez Boga, jako osobne istoty z ich własnym planem na życie i celem. Fajnie byłoby nie zrobić im krzywdy w ich kształtowaniu się i powstawaniu kolejnego dorosłego.
        Pozdrawiam serdecznie
        Agnieszka

      2. Pamiętam, jak tłumaczyłam książkę Meg Meeker „Mocni ojcowie mocne córki” i jak byłam zafascynowana tym, że ona pisze, że bunt natolatków nie jest normalny. Usłyszała te zachwyty moja Natalia, wtedy szesnastolatka i powiedziała – Mamo, jak dobrze to słyszeć. Wszyscy dookoła mówią, że powinniśmy być zbuntowani i wściekli, a mnie się jakoś wszystko podoba. Myslałam, że jestem nienormalna.
        Warto odkłamywać ten szkodliwy mit.

  6. Pamiętam zaskoczenie klientów, gdy pięciolatek i niemal trzylatek sami kupowali sobie lody. Ja czekałam przed kawiarnią. Poradzili sobie świetnie.
    Dziś mój siedmiolatek sam kupował sobie zeszyty do szkoły. I też sobie poradził.
    Sam, z bratem pod opieką, wraca z podziemnego parkingu i otwiera dom. Ja w tym czasie parkuję samochód.
    Sam stara się pamiętać co i kiedy zabrać do szkoły – pomagamy trochę.
    Kiedy nauczy się samodzielności ? Teraz ma szansę na popełnienie błędów i naprawianie ich bez strasznych konsekwencji.
    Pozdrawiam ciepło i gratuluję wnuczki.

  7. Nas rodzice zostawiali samych w domu na, ze szkoły wracaliśmy z kolegami, a mama nie czekała w oknie jak 5 minut dłużej droga zajęła, biegalismy po dworze do nocy i nikomu nic się nie stało. A ja już panikuję, że moje dziecko będzie musiało kiedyś pójść do szkoły, że ktoś mu zrobi jakąś przykrość, a powrót do pracy po macierzyńskim to nie na moje nerwy. Teraz ma 4 miesiące a ja wychodząc do sklepu na 15 minut przeżywam, że może płacze pod opieką babci. Gratuluję wnuczki 🙂

    1. Dziękuję bardzo ❤ Co do tej paniki, to na szczęście masz czas dojrzeć i nabrać potrzebnego dystansu. warto szukać ludzi, którzy mają naprawdę zdrowe podejście do wychowania dzieci i radzić się ich. Kto pyta, nie błądzi, ale trzeba wiedzieć, kogo pytać 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  8. Jak zawsze bardzo mądre.

    Zawiozłam niedawno dziesięcioletniego Pietruszkę na urodziny kolegi do centrum handlowego równe 2 przystanki od domu. PO czym powiedziałam rodzicom jubilata, że młody wróci do domu sam, autobusem. Lub na piechotę jeśli będzie wolał. Zobaczyłam przerażone oczy. Koniec końców odwiózł go (bez konsultacji ze mną) jeden z ojców, no bo jak to tak, żeby dziecko samo. I nie ważne że to samo dziecko co tydzień jedzie tą samą trasą na zajęcia dodatkowe na które się samo zapisało …

  9. Czyli nie jestem taką złą matką. Moja córka jak miała 9/10 lat zostawia łatwo sama w domu bo ja musiałam pracować, tata w delegacji. I to moje „biedne” dziecko podejmował próby samodzielnego gotowania. Sama też jeździła do szkoły tramwajem! A teraz jako nastolatka ma swoje pasje. Oczywiście że się martwił am, martwię i będę martwić ale nie pozwolę by moje lęki niszczy łyżki jej życie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s