dzieci · małżeństwo · rodzina

Ojciec przy porodzie, lata dziewięćdziesiąte. Opowiada Tata.

IMG_3816

14 września 1995. Małżeństwo z niewielkim stażem, bez samochodu. Jedno, półtoraroczne maleństwo w domu, już śpi; drugie „niedługo” ma się urodzić. Wracają wczesnym wieczorem ze spotkania ze znajomymi. Nagle żona mówi, że to już! Jak to: miało być za dwa tygodnie? A więc taksówka: na Żelazną! Taksówkarz, stary Warszawiak, od razu wie o co chodzi. Oni też wiedzą, że on wie; widać stres kierowcy: szybko, ale delikatnie… Już Plac Zawiszy, Towarowa, Aleja Solidarności i wreszcie Izba Przyjęć. Jeszcze tylko głupie kilka schodków, a potem rejestracja: kilkanaście stron papieru. Ale jak to: przecież to już! Położna, zreflektowawszy się po kilkunastu sekundach, mówi: o faktycznie! Na cito!

(Wersja Mamy: po pierwsze, to Taty nie było w domu, a Mama usypiała dziecko i czuła, że powoli, a potem coraz szybciej nadchodzi i to nadchodzi po prostu wielkimi krokami, w siedmiomilowych butach TEN MOMENT. Mama dyszała jak stado miechów kowalskich i zastanawiała się, czy Marysi dane będzie urodzić się u stóp śpiącej starszej siostrzyczki, czy może jednak będzie miała szansę na fachowe ręce położnej. Taksówkarz faktycznie pokonał rekord trasy Rakowiec- Żelazna i z gwizdem ledwo-ledwo zahamował pod samiutkim szpitalnym wejściem.)

Wchodzą do niewielkiego pokoju – jednego z pierwszych takich w Polsce w tamtych czasach. – Czy chciałaby Pani rodzić na piłce, na wznak, na boku, na stojąco?

– Wszystko jedno!

– No to dobrze! A może Pan jeszcze po wodę skoczy do pokoju obok i przyniesie żonie?

– Idę, skaczę!

Gdy mąż wraca po chwili, dziecko właśnie zaczyna się rodzić! Urodziło się 12 minut od przyjazdu do szpitala. (Marysia, zwana roboczo Merynosem, urodziła się w pokoju zabiegowym, Mamie nie dane było skorzystać z luksusów pokoju porodowego. Położna rozłożyła Mamę na fotelu lotniczym w celu badania wstępnego i oszacowania stopnia rozwarcia – 5 centymetrów,  teraz 7, o, już 9 – przemy! Jak to przemy?! Jak to przemy?! Tak od razu? Tata faktycznie z tą wodą zdążył w ostatniej chwili.)

Potem jeszcze sesja fotograficzna przy pomocy starego Zenitha. Potem jeszcze ówczesne pomysły, żeby nie myć dziecka po porodzie, bo maź jest dobra… I dyskusje, i pierwsza noc, i Tata, który przyjeżdżając po Mamę zapomniał przywieźć jej butów, które zabrał był do domu… (Z butami się zgadza, ale było to przy Filipie, który urodził się jako trzeci. Mama, w lejącym październikowym deszczu wracała do domu w szpitalnych kapciach i bez kurtki. O kurtce zaaferowany tata też zapomniał… Na szczęście samochód stał tuż, na Nowolipkach…)

Tak właśnie przyszła na świat nasza Marysia, jednakże nie był to nasz pierwszy wspólny poród. Przy pierwszej córce, Natalii, zetknięcie ze szkołą rodzenia w Colchester Maternity Hospital, w hrabstwie Essex, tchnęło egzotyką – ale myśleliśmy, że to tylko my tacy prowincjalni jesteśmy. Szkoły rodzenia, owszem, były w Anglii bardziej popularne niż w Polsce lat dziewięćdziesiątych (w naszym kraju właściwie dopiero raczkowały), jednak tam też należeliśmy w pewnym sensie do pionierów. Jako młodzi studenci nie mieliśmy specjalnych oporów przed przygotowywaniem się do narodzin dziecka, bo żadne z nas nie miało  pojęcia, co nas tak naprawdę czeka: „jak” się rodzi, z kim się rodzi i co się później z tym maleństwem robi. Pierwsza próba ogarnięcia nadchodzącego porodu okazała się nieco wesoła: termin wyznaczony był na Boże Narodzenie, zatem przez całą Pasterkę denerwowaliśmy się, że to już – bo przecież już jest 25-ty, po północy! Ostatecznie przyszło nam poczekać całe 10 dni. A sam poród: lekki szok, (lekki szok!!! tak może powiedzieć tylko facet!) ale skoro – według szacunków naukowców – na świecie od początku istnienia ludzkości urodziło około 100 miliardów ludzi, to nam, statystycznie rzecz biorąc też się uda!

Długo nam się zeszło: jakieś 8 godzin. (Edit: to było 13 godzin)  Pod koniec szły już teksty w stylu

– Misiu, chodźmy do domu; przyjdziemy jutro, dobrze?

Położna – która bardziej domyślała się o co chodzi, niż rozumiała – uśmiechała się tylko i kazała przeć. Po chwili już było słychać świst rozwijanej pępowiny: Look, it’s a girl!.

W nocy położne wzięły małą do siebie, żeby świeżo upieczona Mama mogła się wyspać. (Kochane, cudowne kobiety!)

No i to pierwsze przewijanie dziecięcia z tony smółki, gdy mama pół-śpiąca przyszła z prośbą o pomoc, a położna ujrzała wspomniane wyżej dziecię dumne ze swego wyczynu: oh baby, what have you done?

A jeszcze pierwsze karmienie: tu boli, bardzo boli, o leci…: oh baby (tym razem do Mamy), your milk has come! (To prawda, Mama zawołała położną na pomoc, bo coś jej się stało w piersi, były bolesne, twarde jak skała i jakieś gruzłowate. Biedna kobieta, zerwana w nocy z jakiegoś fotela, tylko rzuciła okiem i powiedziała owo „tak, tak, mleko przyszło”).

I gdzieś tam, w czasie przychodziły kolejne pierwsze spotkania z nowymi ludźmi płci obojga, którzy dziś są w większości – jak to u nas się mówi – dorosłymi organizmami z wąsami.

Mężczyzna jest sprawcą poczęcia, powinien więc być obecny i przy narodzinach. Własny syn czy córka, to przecież nie towar, który przynosi się ze sklepu zapakowany w body, koszulkę, śpiochy, czy co tam kto uważa.

Obecność ojca jest dla mamy niezwykle ważna, wzmacnia w obydwu kierunkach tę więź miłości, która ich łączy. Tym jest to ważniejsze, że często po narodzinach dziecka (szczególnie pierwszego) matka poświęca mu się bardzo, a ojciec często czuje się zapomniany, niezadbany, niezaopiekowany – czasem, gdy miłość do dziecka jest zaborcza, wręcz niepotrzebny. Ważne jest, by Mamy miały tego świadomość i pamiętały, że nadal najważniejszym człowiekiem w ich życiu jest mąż, a nie dziecko, choćby wymagało ono znacznie więcej opieki. Czasami mężczyźni są oczywiście jak dzieci – ale to już inny temat.

Między ojcem i dzieckiem tworzy się również niezwykłą więź: u mężczyzny rodzi się świadomość, że jest z dzieckiem „od zawsze” i że „na zawsze” tak już pozostanie. W dzisiejszych czasach, w obliczu działań fachowego personelu medycznego, mężczyźnie wydaje się, że jest przy tym porodzie niepotrzebny, zbyt bierny: stoję, gapię się, mówią coś, czego nie rozumiem, a na końcu pojawia się niezbyt czyste niemowlę. A jak mężczyzna jest delikatny i nie może znieść różnych „medycznych” zabiegów i tego, co po nich pozostaje… Nie przesadzajmy jednak; adrenalina robi swoje i naprawdę dużo pomaga sama chęć bycia przy osobie, którą kocha się najbardziej na świecie.

No i jeszcze ten smaczek: pępowina do odcięcia! Twarda, wymagająca męskiej siły i odwagi. Wielu tatusiom udało się tego dokonać przy porodzie każdego dziecka! Potem drżącą nieco ręką dotyka się maleńkiej główki, stópki czy jeszcze mniejszej, cieplutkiej rączki.

Czy pamiętacie jak to było?

Tak nawiasem: gdy mówimy do siebie nawzajem: czy pamiętasz?, dopowiadamy zawsze wzajemnie ten słynny fragment z genialnej książki Stanisława Zielińskiego o początkach taternictwa, TOPRu, o odkrywaniu tych gór przez Mariusza Zaruskiego, Józefa Oppenheima i innych szaleńców:

Czy pamiętasz? Małe schronisko w Dolinie Zuberskiej tak bardzo przypominało dawną Pyszną… Ile minęło lat? Trzydzieści, czterdzieści… Serce, przewodnik po przeszłości i nieomylny kompas wspomnień, prowadzi w stronę Pysznej, na stare ślady nart, na trasy zimowych „wyryp” po Tatrach Zachodnich.

A więc: czy będziecie pamiętać te kluczowe punkty Waszego małżeństwa, Waszej rodziny? Mężczyźni często zapominają (jak widać…) – od tego są kobiety, żeby im przypominać.

Po to też są zdjęcia: czasami nadające się tylko do oglądania w rodzinie 🙂

Nie liczcie, drogie Mamy, że Wasi mężowie zapamiętają te wszystkie 90-60-90 czy jak to tam szło! Nie o to chodzi. To jest dla Was, a dla mężczyzn kluczowa jest pojawiająca się świadomość stawania się rodzicem – która u Was rosła stopniowo przez całe 9 miesięcy! To musi chwilę potrwać – bądźcie fair.

Gdy potem pojawiają się pierwsze choroby, często te nieprzespane noce da się jakoś podzielić między oboje rodziców, ale mąż musi zwykle iść następnego dnia do pracy – odpowiedzialność wymaga więc, by był bardziej wyspany i nie spowodował wypadku, niebezpieczeństwa dla współpracowników itd. Zwykle jest też tak, że to kobieta bardziej przeżywa te problemy, a mężczyzna, borykając się z kłopotami w pracy, im poświęca większą uwagę; tak jest statystycznie najczęściej. Nie zwalnia go to jednak z konieczności pochylania się nad tymi domowymi tematami – pomimo własnego zmęczenia, stresów i tysięcy drobnych spraw, którym musi stawić czoła. Żona też stawia: zupełnie innym, co prawda – ale jeśli mężczyzna ma ich tysiące, to kobieta dziesiątki tysięcy.

Może pojawić się wtedy zdecydowane obniżenie jakości wzajemnych relacji, spowodowane:

  1. Brakiem czasu dla siebie nawzajem
  2. Zmęczeniem, skutkującym brakiem cierpliwości i małą życzliwością wzajemną
  3. Brakiem chęci do współżycia ze strony żony (poród, połóg, stres)

Jak temu zaradzić (bo zapobiec da się tylko częściowo)? Przede wszystkim wyznaczyć żelazną porę na czas tylko we dwoje: najlepiej raz na tydzień. Trudne? Tak, ale możliwe. To kwestia priorytetów: w małżeństwie najważniejsi są mąż i żona. No i: dobra matka to żywa matka. Warto więc wziąć kogoś do dzieci i gdzieś pójść lub pojechać: choćby na godzinę, na przejażdżkę samochodem, na kawę: we dwoje, na randkę – tak, jak na początku znajomości.

W końcu o prawdziwą miłość trzeba na poważnie walczyć, każdego dnia!

IMG_3695

8 myśli na temat “Ojciec przy porodzie, lata dziewięćdziesiąte. Opowiada Tata.

  1. Na razie to mąż wszystko lepiej pamięta. O wielu rzeczach nawet nie wiedziałam, nie zwróciłam uwagi. Często powtarza, nie tylko mi, ale i rodzinie, znajomym, że widział jak nasz synek pierwszy raz otworzył oczy. Nie mogłabym mu zabrać tej radości nie pozwalając mu być przy porodzie. Na razie jesteśmy na etapie ciągłego zmęczenia, a wyjście bez dziecka mamy czasem do sklepu, ale zawsze to czas spędzony tylko we dwoje 🙂

    1. Przy pierwszej trójce nigdzie nie wychodziliśmy sami, nawet do sklepu…Za to wieczory były nasze, bo dzieci odpadały o 19.30. Te wieczory nas ratowały 🙂

  2. Czekam z utęsknieniem , kiedy zacznie chodzić spać po dobranocce, ale jeszcze sobie poczekam 🙂 Nawet kilka minut rozmowy tylko z mężem bez dziecka na rękach pomaga małżeństwu. U nas temat nr 1 „ale będzie fajne jak się w końcu wyspimy” 🙂

      1. Oj, tęskni się 🙂
        Czasem tak bardzo, że znów pojawia się nowy ktoś 😉

      1. Genialne w swojej prostocie -i takie prawdziwe ☺️Obecnie przy drugim, Maluchu ,bez pomocy dziadków i opiekunki ,chyba rowniez stanie się ono moim mottem życiowym …😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s