depresja poporodowa · dzieci · kryzys po urodzeniu dziecka · kryzys w związku · małżeństwo · rodzina · teściowie

Przełom czyli kryzys.

midsection of woman with text
Photo by Pixabay on Pexels.com

 

Warto wiedzieć, że taki kryzys – większy czy mniejszy – nadejdzie. Jak człowiek wie, co go czeka, jest w stanie się do tego przygotować. Kiedy robi się trudno, trzeba zacząć od wezwania kogoś do pomocy przy dzieciach, np. babci, opiekunki czy kogoś, kto ugotuje albo posprząta.

Cudowne wydarzenie, jakim są narodziny dziecka, bywa czasem początkiem kryzysu w związku. Wbrew pozorom, przy drugim dziecku jest raczej trudniej niż łatwiej – mówi Katarzyna Głowacka, mama i babcia, autorka bloga Mama w Dużym Brązowym Domu w rozmowie z Joanną Operacz.

Problemy z dziećmi przyczyną małżeńskich kryzysów

Kasiu, czy na kursach przedmałżeńskich mówiłaś narzeczonym, że pojawienie się dziecka może być trudnym momentem dla związku?

Prowadziłam takie kursy przez prawie 20 lat i zawsze starałam się o tym mówić. A teraz, kiedy razem z mężem współprowadzę rekolekcje dla małżeństw we wspólnocie Emmanuel, widzę, że dwie najczęstsze przyczyny kryzysów małżeńskich to problemy z dziećmi i problemy z teściami.

Przecież narodziny dziecka to wielkie szczęście. Skąd tu nagle kryzys?

Dwoje ludzi, którzy są sobie bardzo bliscy i znają się jak łyse konie (teraz do ślubu najczęściej idą osoby, którzy żyją ze sobą od kilku albo nawet kilkunastu lat), odkrywa, że wszystko się zmieniło. Pojawia się silna presja związana z lękiem o dziecko – czy sobie poradzę, czy maluch zachowuje się normalnie. Do tego dochodzi notoryczne zmęczenie spowodowane niewyspaniem, zwłaszcza u kobiety. Młodzi rodzice nie są do tego przyzwyczajeni. To może prowadzić do napięć. Człowiek przemęczony nie ma ochoty wyjaśniać swoich motywacji, tylko krzyczy. Mąż nie ma ochoty tłumaczyć, dlaczego nie odstawił talerza do zlewu, a żona krzyczy, że przecież prosiła go tysiąc razy i że teraz nie tylko musi przewinąć płaczące dziecko, ale jeszcze ma na głowie ten talerz. Drobne i w sumie głupie rzeczy się zbierają, aż w końcu rusza lawina, która niestety nierzadko prowadzi nawet do rozstania.

Pewno każdy zna mężczyzn, którzy nie zdali tego egzaminu i odeszli w siną dal…

Narodziny dziecka raczej nie były jedynym powodem. Ale na pewno młody tata musi zrozumieć, że kiedy kobieta staje się matką, cały świat się jej zawala, a na gruzach powstaje nowy. Musi jej pozwolić oswoić się z tą nową sytuacją. Mężczyzna przez chwilę – tylko przez chwilę! – zajmuje wtedy drugie miejsce. Niech się nie obraża, tylko niech będzie blisko, nawet jeśli żona rzuci kapciem albo brzydkim słowem, albo się rozpłacze. Niech ją wspiera w każdej decyzji, np. czy chce karmić piersią, czy ma w tej sprawie emocjonalną blokadę. Cokolwiek powie czy zdecyduje, jest cudowna – i tego się trzymajmy. Ma też prawo przez jakiś czas gorzej wyglądać i być obolała i zmęczona.

Teraz coraz więcej młodych mam ma depresję poporodową. Nawet jeśli to nie jest jakaś ciężka postać depresji, przez pierwsze trzy do sześciu tygodni może być trudno.

Pamiętam swoje odkrycie z czasu, kiedy nasza najstarsza córka była malutka – że mogę chodzić w domu w starych podkoszulkach męża. Jak się coś uleje czy przesiąknie, to wyrzucę; a w domu przecież „nikt nie widzi”. Młode mamy chyba czasem nie doceniają tego, jak ważne jest dbanie o siebie.

Musimy pamiętać, że nasi mężowie są otoczeni w pracy zadbanymi, atrakcyjnymi kobietami. Nawet jeśli są najukochańsi, najcudowniejsi i najuczciwsi, zwracają na to uwagę.

Dwa lata temu umieściłam na swoim blogu tłumaczenie amerykańskiego kodeksu dla żon z lat 50. o tym, jak witać męża wracającego z pracy. To miał być żart i ciekawostka. Były tam takie rady, jak np. „Przed powrotem męża połóż się na kwadrans i odpocznij, abyś wyglądała świeżo i rześko. Popraw włosy i makijaż”, „Nie witaj go problemami, nie narzekaj, jeśli spóźnił się na obiad”. Zadziwiły mnie odpowiedzi, jakie wtedy dostałam i nadal ciągle jeszcze dostaję. Kobiety pisały, że nikt im do tej pory nigdy nie mówił, jakie to ważne, żeby mężczyzna czuł się dobrze w domu.

Dziś przecież jesteśmy uczone, że dobrze jest wtedy, kiedy facet czuje się jak parobek albo jak giermek. Nie chodzi o to, żeby mu usługiwać jak panu i władcy, ale o to, żeby w domu była dobra atmosfera i żeby żona ładnie wyglądała – na przykład żeby zmieniła zaplamioną bluzkę na czystą. Sama mam pięcioro dzieci, więc dobrze wiem, że kiedy po całym dniu opiekowania się dziećmi widzimy wreszcie dorosłą osobę, która mogłaby przejąć część obowiązków, mamy ochotę rzucić się na nią i ordynować: przewiń, sprzątnij, wytrzyj. Ale tak nie może być!

Ważne jest też to, jaki poziom umysłowy prezentujemy. Czasem bardzo trudno jest znaleźć chwilę na przeczytanie czegoś czy zorientowanie się, co słychać na świecie. Ale na przykład karmienie piersią to fantastyczna okazja do nadrobienia zaległości w lekturze czy na naukę języka obcego. Jeżeli mąż ma o czym porozmawiać z ukochaną i miło mu na nią popatrzeć, to kryzysy mniej się nie ugruntowują i łatwiej jest z nich wyjść. Bo mężowi zależy na tym, żeby być ze swoją atrakcyjną połówką.

Kobiety po urodzeniu dzieci często nie doceniają też chyba więzi seksualnej?

Ten temat pojawia się wszędzie na forach dyskusyjnych poświęconych problemom po urodzeniu dziecka – że współżycie się zmienia, że nie jest łatwo. Wiadomo, że kobieta jest zmęczona i wreszcie chciałaby pójść spać, a tu nagle ma wykrzesać z siebie entuzjazm, żeby pobyć z mężem właśnie w ten sposób. Poza tym dobrze pamięta końcówkę ciąży i poród i niekoniecznie ma ochotę znowu wchodzić w to samo.

Nie ma na to łatwych recept. Są tylko trudne. Ze strony męża potrzeba dużo delikatności, wyrozumiałości, poczucia humoru. Ale potrzeba też nieco hojności ze strony żony. My, kobiety lubimy, kiedy mężowie mówią, że nas kochają, i przynoszą nam kwiaty; a dla naszych mężczyzn dowodem miłości jest to, że z nimi współżyjemy. Współżycie łagodzi też wiele napięć. Poza tym nawet jeśli na początku byłyśmy niechętne, to jednak kiedy już się przytulimy, zwykle ochota na bliskość wzrasta.

Natomiast jeśli idzie o lęk przed ciążą, to nie warto niepotrzebnie przedłużać karmienia piersią. Najlepiej karmić do czasu, kiedy dziecko skończy rok, i odstawić. Wtedy wraca normalna płodność i można się obserwować. Kiedy czujemy się paniami własnego ciała, zmniejsza się obawa przed kolejną ciążą. Musimy pamiętać, że rodzicami jesteśmy tylko przez kilkanaście lat, a małżonkami – do końca życia.

Kolejne dziecko, kolejny kryzys?

Przy drugim dziecku już jest z górki?

Powiedziałabym nawet, że kryzys jest wtedy większy. Pierwsze dziecko jest nowością i łatwiej nam przetrwać różne kryzysy. Ale kiedy trzeba się jednocześnie zająć dwojgiem małych dzieci, które mają różne potrzeby, możemy mieć wrażenie, że kompletnie sobie nie radzimy. Dlatego, niestety, wiele małżeństw na tym etapie zniechęca się do posiadania dzieci. Nie wiedzą, że przy kolejnym byłoby łatwiej.

Trudny moment trwa zwykle kilka tygodni, a potem zaczyna się taka fajna rutyna. Ale przez te kilka tygodni warto uważać, żeby nie zabrnąć w jakąś ślepą uliczkę, z której potem trudno będzie wyjść.

Jak przygotować się na kryzys po urodzeniu dziecka?

Przede wszystkim warto wiedzieć, że taki kryzys – większy czy mniejszy – nadejdzie. Jak człowiek wie, co go czeka, jest w stanie się do tego przygotować. Kiedy robi się trudno, trzeba zacząć od wezwania kogoś do pomocy przy dzieciach, np. babci, opiekunki czy kogoś, kto ugotuje albo posprząta. Żeby mama mogła spojrzeć na świat inaczej niż przez brudną pieluchę. Możemy wcześniej pomyśleć, kogo będziemy wtedy prosili o pomoc, i jaką ingerencję w życie naszej rodziny dopuszczamy. Warto też pytać znajomych. Chyba każdy zna małżonków, których podziwia i którzy nie są rozczarowani swoim rodzicielstwem. Dobrą receptą na kryzysy jest bycie w dobrym środowisku – katolickiej wspólnocie albo po prostu grupie znajomych, którzy są w podobnej sytuacji. Jeśli widzimy, że nasze małżeństwo wisi na włosku, koniecznie trzeba poszukać fachowej pomocy.

Na kursach radziłam narzeczonym, żeby w miarę możliwości dali sobie kilka miesięcy na to, żeby pobyć tylko we dwoje, zanim wejdą w rodzicielstwo. Bo małżeństwo to jest naprawdę zupełnie coś innego niż nawet długi związek partnerski.

Teściowie – przyjaciele czy wrogowie?

Często bywa tak, że stosunki z teściami, które wcześniej były przyjazne albo przynajmniej poprawne, drastycznie się pogarszają po urodzeniu dziecka.

To jest ogromny problem. Chyba dlatego, że dzisiaj jest tak mało rodzin wielodzietnych. Osoby, które zostają dziadkami, na ogół mają jedno, czasem dwoje dorosłych dzieci. Od lat są stęsknione za maluchem, więc łapczywie się rzucają na wnuczę. Zwłaszcza babcie są bardzo zaborcze w swojej miłości. Zaczynają ingerować, próbują wychowywać dziecko po swojemu. Najlepiej jeszcze przed porodem omówić ten temat z dziadkami w delikatny i miły sposób powiedzieć im, czego od nich oczekujemy, a czego nie.

Obawa przed kryzysem w związku to chyba częsty powód niechęci młodych mężczyzn do małżeństwa i posiadania dzieci?

Takie obawy są częste. Ale jeszcze większym problemem jest to, że dzisiaj mężczyźni chyba nie do końca wiedzą, czego się od nich oczekuje jako od mężów i ojców. Mają narzuconą narrację, że powinni się stać kimś w rodzaju drugiej mamy albo zastępczej mamy. Powinni robić to samo co ona. Tymczasem nie do wszystkich mężczyzn przemawia wizja rozkosznego niemowlęcia, które można nosić i przewijać. Dziecko w pierwszych latach życia najbardziej potrzebuje matki i najbardziej się z nią identyfikuje. Dopiero gdzieś w siódmym roku życia odkrywa, że ma tatę. W sensie: mężczyznę, a nie przystawkę do mamy, który podczas jej nieobecności może coś tam zrobić.

Słowo „kryzys” ma też nieco zapomniane pozytywne znaczenie – „przełom”. Czy kryzys w związku też może być dobry?

Pojawienie się dziecka jest cezurą w życiu. Jak każda cezura, jest kryzysem. To od nas zależy, czy to będzie doświadczenie pozytywne, czy negatywne.

Oryginał wpisu znajdziecie na https://pl.aleteia.org/2018/06/21/przelom-czyli-kryzys-jak-urodzenie-dziecka-wplywa-na-zwiazek/

 

close up of padlocks hanging on heart shape
Photo by Pixabay on Pexels.com

19 myśli na temat “Przełom czyli kryzys.

  1. Chciałabym wierzyć, że przy trzecim będzie łatwiej, niż było z dwójka:) Kilka lat nie mogłam się zdecydować na powtórkę i trochę z drżeniem myślę o jesieni…

  2. Droga Mamo w DBD! Cenny wpis, jak zresztą wiele poprzednich. Mam natomiast wątpliwości co do fragmentu o karmieniu piersią. Zgodnie z dostępną mi wiedzą powrót płodności może nastąpić u niektórych kobiet już po połogu mimo kp, najczęściej jednak po kilku tygodniach rozszerzania diety dziecka. Dużo dłuższy brak cykli może, ale nie musi świadczyć o problemach zdrowotnych mamy. W każdej z tych sytuacji można się obserwować i zwykle nie ma potrzeby rezygnacji z kp. Oczywiście każda sytuacja jest inna =) To na tyle, pisanie z telefonu nie jest zbyt wygodne. Błogosławionej niedzieli!

    1. Oczywiście, że tak. Chodziło mi o to, że przedłużające się karmienie może bardzo utrudniać prawidłową diagnostykę cyklu. Odstawienie dziecka od piersi pomaga w oczyszczeniu obserwacji z niejednoznacznych objawów śluzowych.

  3. Ciekawy tekst, tym bardziej że jesteśmy tuż przed pojawieniem się drugiego dziecka 🙂
    Również mam wątpliwości co do fragmentu nawiązującego do karmienia piersią. Moim zdaniem warto unikać stwierdzeń typu „Najlepiej jest karmić piersią do … a potem odstawić.” Czasami jakaś młoda mama usłyszy takie zdanie, zakoduje je sobie i później szarpie się, żeby „było najlepiej”. Wydaje mi się, że decyzja o odstawieniu powinna być podejmowana w małżeństwie w nawiązaniu do gotowości dziecka. U nas na przykład szerokie okolice roczku były bardzo ciężkie – nauka chodzenia, bolesne ząbkowanie. Nie wyobrażam sobie, żeby jeszcze w tym czasie dokładać sobie i dziecku odstawianie.
    Mam świadomość, że przy karmieniu obserwacja cykli jest trudniejsza, ale przecież nie niemożliwa 🙂
    Mam nadzieję, że zostanę dobrze zrozumiana.
    Cieszę się zawsze, gdy wejdę na Twój blog i mam coś nowego do przeczytania 😉

      1. To nie katechizm, a Ty nie jesteś położną laktacyjną.
        Pisanie, że najlepiej odstawić dziecko ok. roku może ktoś potraktować serio i wyrządzasz tym krzywdę. Dziecko należy odstawić,gdy dwie strony tego chcą. Jeśli dla kogoś ważniejszy jest cykl niż dobro dziecka, to gratuluję. Pediatrzy zalecają jak najdłuższe karmienie piersią, bo to białe złoto i zawsze jest skarbnicą cennych witamin i wielu innych składników. Może więcej błędnych tez formuj, pisząc: Moim zdaniem, Uważam, że, ja zrobiłam tak i tak. Niestety odkąd karmiłaś nauka poszła do przodu, a Twoje tezy mogą komuś wyświadczyć wilczą przysługę.

      2. Napiszę tylko tyle: więź małżeńska jest ważniejsza niż karmienie piersią przez dwa lata. Karmiłam piersią troje dzieci przez dwa lata i bardzo tego żałuję, bo było to bardzo trudne doświadczenie dla naszego małżeństwa. Nie chodzi o ważność cyklu, ale jakość więzi małżeńskiej. Dla dziecka miłość mamy i taty jest ważniejsza niż potencjalne dobrodziejstwa mleka mamy. Co do obecnych wytycznych odnośnie karmienia piersią, to w swojej ponad dziesięcioletniej laktacyjnej karierze przeżyłam tyle wolt odnośnie długości karmienia i jego częstotliwości, wprowadzania pokarmów stałych i glutenu, że nie wspomnę o diecie eliminacyjnej, że może się w głowie nieźle zakręcić. Zalecany jest dobry pediatra i zdrowy rozsądek.
        Życzę ci wspaniałego macierzyństwa i nieco dystansu do rzeczywistości, okraszonego poczuciem humoru. Powodzenia!

      3. Odp. na komentarz z 24 sierpnia 2018.

        Nie bardzo rozumiem sarkastyczny komentarz pod koniec – skąd życzenia dystansu do rzeczywistości i humoru?

        Chyba nie chodzi o samo karmienie piersią, bo każdy karmi, ile chce. Raczej chodzi o to, że stawiasz się w pozycji mentorki: powinno się karmić rok, bo niszczy się więź małżeńską. Można karmić miesiąc i mieć super relację z mężem, można karmić trzy lata i mieć super relację z mężem, można karmić rok lub wcale i relacje mieć kryzysowe. Brakuje mi w Twoich postach i odpowiedziach (ale nie znam za bardzo Twojego bloga, trafiłam tu przypadkiem) słowa: Uważam. Wtedy każdy by brał Twoje słowa przez Twój filtr życia. To nie karmienie piersią jest problemem w relacji i nie warto odstawiać dziecka, „bo może tak uratuję małżeństwo”. Pogubiłaś się trochę w szukaniu winy w karmieniu. Karmienie dłużej niż rok=brak miłości rodziców? Hmmm… Może u Ciebie tak było, ale nie nakazuj karmić kobietom rok, bo nie masz na ten temat wiedzy medycznej. Karmienie może być owszem problemem małżeńskim, podobnie jak pracoholizm męża czy zony, toksyczne relacje z teściami, wkurzający sąsiedzi czy to, że mąż nie umie gotować czy sprzątać. Co małżeństwo, to inne przyczyny niszczenia więzi. To są problemy, o których warto rozmawiać i je rozwiązywać. Jeśli mężowi lub żonie przeszkadza np. nocne karmienie, bo dziecko śpi z nimi w łóżku to warto o tym pogadać, a nie demonizować karmienie jako niszczące więź, bo najważniejsza decyzja należy do matki i dziecka.

        To skoro Ty życzyłaś, to i ja pożyczę spolegliwości skoro aż trzy czytelniczki piszą, że nie podobała się im Twoja wypowiedź i pomyślenia, zanim się coś napiszę. Autorytetem w tej dziedzinie nie jesteś i raczej nikt się na Twoje słowa (mam nadzieję) powoływać nie będzie, ale radzę poczytać literaturę fachową, zanim skrzywdzisz inne młode kobiety komentarzem, że karmić się powinno do roku. Polecam Hafiję, ona się zna:
        https://www.hafija.pl/2014/06/ile-lat-mozna-tak-karmic.html

      4. W moich wypowiedziach nie ma słowa „uważam”, bo wychodzę z założenia, że skoro ktoś czyta posty Mamy z DD, to oczywiste jest, że są to moje subiektywne wypowiedzi. Jak widzę moje założenie było błędne, dziękuję za uwagę. Blog Hafija znam bardzo dobrze i wysoko cenię, co nie znaczy, że zawsze się z nią zgadzam.

  4. Tragedia. Stosik żądań dla kobiet. Dla mężczyzn przyjemności i minimalne wymagania (być wyrozumiałym dla zony kilka tygodni po porodzie).

      1. Niestety też to zauważyłam. Serio kobieta powinna być atrakcyjnie ubrana w domu, bo mąż ma takie koleżanki w pracy? Serio? Ja ledwo czasami zdążyłam wytrzeć pot t-shirtem. A mąż szybko zrzucał koszulę i w dresie biegł do pieluch, bo ja padałam.
        „Jeżeli mąż ma o czym porozmawiać z ukochaną i miło mu na nią popatrzeć, to kryzysy mniej się nie ugruntowują i łatwiej jest z nich wyjść. Bo mężowi zależy na tym, żeby być ze swoją atrakcyjną połówką” – SERIO? Mam podczas karmienia piersią uczyć się języków, żeby zaimponować mojemu mężowi?! Dla prawdziwej miłości jestem idealna w znoszonym T-shircie i bez makijażu. Bo taką z pedicurem i makijażem łatwo kochać, a taką umęczoną – trudno. Oczywiście nie mówię, że kobiety mają cały czas tak być ubrane, ale piszesz o okresie po urodzeniu dziecka, kiedy sikasz krwią, czujesz się jak jedna wielka dojarka i nie masz siły podejść do stołu. Bycie atrakcyjną dla męża jest daleko na końcu listy.
        Dużo krzywdy wyrządziłaś tym wywiadem. Szkoda, że nie napisałaś w drugą stronę: Mężowie, wasze żony po noszeniu dziecka przez 9 miesięcy wypchnęły 10 cm główkę dziecka przez swoją pochwę, a teraz produkują mleko dla dziecka. Przynoście im kwiaty i spełniajcie zachcianki. To heroski.

      2. Moja droga Agato,
        poruszyłaś w swoim przepełnionym emocjami komentarzu kilka spraw.
        Po pierwsze, nie piszę o połogu, ale o czasie, w którym dziecko ma co najmniej trzy czy cztery miesiące i więcej. Uważam, że przyklejanie męża na końcu żoninej listy priorytetów jest poważnym, karygodnym błędem, który potrafi bardzo mocno zemścić się na żonie. Naprawdę karmiąc dziecko czujesz się jak jedna wielka dojarka? Nie przyszłoby mi do głowy porównywać matki karmiące do dojarki… Niepotrzebne jest deprecjonowanie swojej aktualnej sytuacji, życie jest ciężkie i bez tego.
        Wracając jednak do twojej utopijnej wiary w to, że „Bycie atrakcyjną dla męża jest daleko na końcu listy” nie może być przyczyną kryzysu małżeńskiego. Przykro mi to mówić, ale dla męża przemiana atrakcyjnej kobiety w kogoś, kto nie tylko wygląda jak, no, flejtuch, ale też nie ma nic do powiedzenia poza zupką i kupką (o czym mąż bardzo chce słyszeć, ale nie wyłącznie) bywa naprawdę ciężką próbą. Piszesz, bardzo idyllicznie i w duchu romantycznym, że „Dla prawdziwej miłości jestem idealna w znoszonym T-shircie i bez makijażu”. Jest to oczywiście prawdą przez jakieś, dajmy na to, trzy miesiące. Potem zbyt często mężowie cierpią na nadgodziny, które kończą się grubo w nocy, a na które żona (słusznie) odpowiada awanturą, po której mąż (oczywiście) tym mniejszą ma ochotę na powroty do domu. Nie rozumiem dlaczego dla młodych kobiet anno domini 2018 tak bardzo trudną rzeczą jest dowartościowanie męża. Dlaczego atrakcyjny wygląd w domu ma byc uwłaczający, a rozdyźdany tiszert jest szatą pełną godności ? Zbyt duża jest chyba dla mnie ta różnica pokoleniowa. Dla mnie bycie atrakcyjną dla mężczyzny którego kocham i na którym mi zależy było i jest nadal priorytetem. Chcę, że ciągle patrzył na mnie ta samo roziskrzonym wzrokiem, jak 27 lat temu. Chcę, żeby tak samo lubił ze mną rozmawiać, jak 27 lat temu. Chcę mu ciągle imponować swoim intelektem i zaskakiwać swoimi planami. Chcę, żeby uważał się za najszczęśliwszego faceta pod słońcem. Chcę tego, bo go kocham. Kiedy jest się w górach człowiek zachwyca się krajobrazem i uważa na niebezpieczeństwa. Musimy omijać i neutralizować wszystkie niebezpieczeństwa zagrażające małżeństwu, musimy sobie z nich zdawać sprawę.
        Co do ostatniego zarzutu, oto cytat z wywiadu: „Ale na pewno młody tata musi zrozumieć, że kiedy kobieta staje się matką, cały świat się jej zawala, a na gruzach powstaje nowy. Musi jej pozwolić oswoić się z tą nową sytuacją. Mężczyzna przez chwilę – tylko przez chwilę! – zajmuje wtedy drugie miejsce. Niech się nie obraża, tylko niech będzie blisko, nawet jeśli żona rzuci kapciem albo brzydkim słowem, albo się rozpłacze. Niech ją wspiera w każdej decyzji, np. czy chce karmić piersią, czy ma w tej sprawie emocjonalną blokadę. Cokolwiek powie czy zdecyduje, jest cudowna – i tego się trzymajmy. Ma też prawo przez jakiś czas gorzej wyglądać i być obolała i zmęczona.”
        Już całkiem na koniec – urodziłam i wychowałam piatkę dzieci, poroniłam i pochowałam sześcioro. Wszystkie przechodziły przez moja pochwę, prawie wszystkie (troje) karmiłam piersią do ok drugiego roku życia (uważam, że za długo), przez dziesięć lat nie przespałam ani jednej całej nocy, trzy lata spędziłam na podłodze oddziału onkologicznego. Nie uważam się za heroskę. Jestem normalną kobietą i jestem z siebie dumna. Życzę ci tego, żebyś za 30 lat mogła obejrzeć się wstecz i pomysleć o sobie „dobra robota, jestem z siebie dumna”.

      3. Długo myślałam o tym wpisie. Czy to tylko różnica pokoleniowa (nie znam Cię ani bloga zbyt dobrze, przeczytała, tylko kilka wpisów, ale myślę, że jesteś starsza od mojej Mamy) czy może rodzaj związku, bardziej partnerski?
        I odkryłam. Chodzi o pojęcie atrakcyjności. Twoje i moje są diametralnie inne. Ty atrakcyjność uważasz za fizyczność (jasne, piszesz o intelekcie, ale zauważ – na drugim miejscu) , ja – intelekt. Pracuję w korpo i przychodzę do domu w kostiumie, podobnie jak Mąż w garniturze. Pierwsza rzecz w domu to zdjęcie tych ciuchów, zmycie makijażu i włożenie dresu. Mąż robi to samo (oprócz makijażu:). Gdy dziecko było małe i pracowałam w domu nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby krytycznie spojrzeć na moje poplamione czy rozciągnięte ubrania. Nie one świadczyły o mojej atrakcyjności. Były dowodem pracowitego dnia. Nie robiłam z siebie na siłę choinki, pędząc do łazienki podmalować oko, bo Mąż wraca. Nasza atrakcyjność na tym nie polega. Ale tak, gadaliśmy padnięci do białego rana i opowiadał mi o nowinkach na świecie, bo podczas karmienia (mimo Twoich rad) nie czytałam, tylko spałam. I tak, wychodziliśmy na randki kiedy się dało, choćby do warzywniaka. Randki, które on organizował.
        Każda kobieta chce być atrakcyjna dla męża. To oczywiste. Ale nie o T-shirt tu chodzi. Mój Mąż nie zakochał się w sukience, tylko w moich oczach, a te są niezmienne.
        Problem ten sam, co powyżej: stawiasz się w roli mentorki, która nie wiadomo, ile wie o małżeństwie i sypie garścią złotych porad. A kobiety, często pracujące, padają ze zmęczenia i marzą tylko o mężu w progu, któremu oddadzą pociechy i będą mogły wyjść do Biedronki na zakupy na swoje 5 minut. Idylliczną wersję życia to Ty podajesz i krzywdzisz tym kobiety i mężczyzn (choć oni chyba tu nie zaglądają za często). Kobiety, bo wmawiasz im, że muszą mimo wielu obowiązków przejmować się swoim wyglądem, bo mąż je zdradzi – aluzja do nadgodzin. Mężczyzn – bo takimi wpisami mogą oczekiwać, że żona jeszcze oko podmaluje.
        Nie chodzi mi o to, że apelujesz do kobiet o atrakcyjność – to jest ok. Chodzi mi o formę. Straszysz zdradą – to nie jest fair. I całą odpowiedzialność kierujesz na kobiety: rób to i to. Czemu nie piszesz do mężczyzn: widzisz, że Twoja żona nie wygląda za dobrze, daj jej kartę na zakupy, niech umówi się z koleżanką, zafunduj dzień w spa lub choćby umów manicure. Zorganizuj dzień tak, żebyś mógł zostać cały dzień z dziećmi, a ona odwiedzi znajomą lub pójdzie do kościoła/ parku poczytać książkę. Inicjatywa powinna wychodzić z dwóch stron. I czemu nie zarzucasz mężczyznom, że oni też stają się mniej atrakcyjni i powinni o siebie i o nas dbać?
        Oj, za dużo tu patriarchatu.

  5. Droga Agato,
    chyba rzeczywiście się nie zrozumiemy. Trochę mija się z celem wyjaśnianie tego, co powiedziałam w swoim poście. Odniosę się tylko do dwóch zarzutów. Po pierwsze na własnym blogu mam prawo stawiać się w roli mentora. Po drugie, od niemal trzydziestu lat zajmuję się poradnictwem rodzinnym, współtworzyłam i prowadzę kursy dla małżonków i rodziców w ramach Akademii Familijnej oraz kursu Miłość i Prawda. Jestem dyplomowanym nauczycielem naturalnych metod regulacji poczęć, w tym metody Roetzera oraz doradcą laktacyjnym. Przetłumaczyłam szereg książek z zakresu wychowania dzieci, w tym nastoletnich. Jestem jedną z fundatorek Fundacji Mamy i Taty.
    Druga rzecz, to zarzut o stronniczość. Blog Mama w Dużym Brązowym Domu skierowany jest do kobiet, po prostu. Nie zwracam się do mężczyzn, bo ich tu zwyczajnie nie ma. Co do straszenia zdradą, może rzeczywiście jestem przewrażliwiona, mając nieustannie do czynienia ze wzbierającym coraz bardziej potokiem małżeństw rozpadających się po zaledwie kilku latach związku, właśnie z powodu zdrady.

    1. Masz rację, że możesz być w pozycji mentora, faktycznie masz do tego prawo, biorąc pod uwagę Twój duży dorobek. Przyjrzę się jeszcze wpisom, bo może faktycznie zbyt chaotycznie oceniłam Cię po jednym czy dwóch. Przepraszam. I mam nadzieję, że wyciągnę dużo dobrych treści dla siebie z bloga:)
      Pozdrawiam,
      Agata

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s