kryzys w związku · małżeństwo · mediacje · rodzina · rozwód · separacja · terapia małżeńska · wiara

A co, jeśli nie działa?

relationship failure problem sad
Photo by Pixabay on Pexels.com

Mamy ostatni post prawie zablokował serwer. Prościutki tekścik o podstawowych sprawach w życiu okazał się tak potrzebny hordom rodziców, jak deszcz rolnikom. Przy czym największe emocje wzbudził fragment o fundamencie wychowania, czyli o pełnej rodzinie: Pierwszym składnikiem tej receptury, podstawowym i  niezbędnym jest stabilny dom, a w nim mama z tatą. Dom, czyli dobre miejsce, w którym młody człowiek czuje się bezpieczny, zaopiekowany i osłonięty od różnych sturm und drang periodów okresu dorastania i dojrzewania. Miejsce, w którym czas płynie trochę wolniej i w którym panują pewne określone wartości, a które jednocześnie może być zapleczem, wsparciem i wytchnieniem w codziennych zmaganiach. Ktoś powiedział Mamie, że opisała taki idealny świat, który często, nawet zbyt często bywa daleki od skrzeczącej rzeczywistości. Mama, jak to Mama, natychmiast poczuła się winna, że swoimi słowami sprawiła ból wielu skrzywdzonym osobom, jednak nie mogła napisać inaczej.

W każdym razie, Mama od chwili opublikowania tego wpisu dostała całkiem spory stosik pytań, który można by streścić krótkim „a co, jeśli ten przepis nie działa?” A co, jeśli nie potrafimy się porozumieć? A co, jeśli nie potrafimy wzajemnie wspierać się w codziennych obowiązkach? A co, jeśli mąż ucieka w pracę, bo nie potrafi odnaleźć się w roli ojca? A co, jeśli zdradza? A co, jeśli zostawił mnie z kilkorgiem dzieci? A co, jeśli jest agresywny, poniża mnie i bije? A co, jeśli miłość wyparowała z naszego związku, jak woda z płytkiej kałuży? A co, jeśli on zostawia mnie samą dla – starych kolegów, gier komputerowych, picia, pornografii, itede itepe? A co, jeśli po prostu mama z tatą, mąż z żoną nie działają tak, jak powinni? Jeśli dom jest pełen konfliktów, wzajemnych pretensji i żalów i na pewno nie jest emocjonalnie, a czasem nawet i fizycznie bezpieczny? A co, jeśli on czy ona chce rozwodu? Jak w takich warunkach wychować dziecko?

Żeby tak można było dać prostą, niezawodną receptę – weź czarną kurę, napchaj do niej lubczyku, ugotuj z niej rosół stojąc tyłem do zachodzącego słońca, popluwając co jakiś czas przez lewe ramię. Potem wrzuć do tego rosołu kryształ górski i maść tygrysią i daj to wypić mężowi, zanim kur trzy razy zapieje, a wszystko się naprawi i będziecie żyli długo i szczęśliwie. If only…

Z całą pewnością jest jedna rzecz, jakiej małżonkom robić nie wolno, chociaż ona właśnie wydaje się być najlepszym, a często jedynym wyjściem. Rozwód. Można odejść od siebie na jakiś czas, można przez długą lub krótką chwilę być w separacji, ale małżeństwo można uratować tylko wtedy, kiedy jest żywe. Nie leczy się pacjenta uśmiercając go, a jakakolwiek nadzieja dla małżeństwa umiera w tym samym momencie, w którym na scenę wkracza prawnik. Kiedy jedno z małżonków decyduje się pójść do adwokata, powierza przyszłość całej swojej rodziny w ręce wrogiego tej rodzinie systemu sądowniczego. Dzieci stają się zakładnikami stron, a wszystko, co małżonkowie posiadają, podpada pod kontrolę prawników. Łatwość uzyskania rozwodu w naszej epoce, tak zwanego rozwodu bez orzekania o winie, jest przyczyną niezliczonych tragedii w calutkim zachodnim świecie. W postchrześcijańskim społeczeństwie można zaobserwować jakiś rodzaj perwersyjnej uciechy z rozpadu kolejnej rodziny, jeszcze jednego przyczółka opresyjnej, katolickiej moralności.

Na pewno w dwudziestym pierwszym wieku trwa walka o rodzinę. Na pewno młodzi ludzie, nawet głęboko i tradycyjnie moralni, uformowani i wierzący, mają ogromne trudności w budowaniu i utrzymaniu swoich małżeństw. Przede wszystkim są bardzo pewni siebie; przekonani, że wiedzą wszystko na temat małżeństwa i rodziny, bo przeczytali mnóstwo poradników, wysłuchali setek konferencji na YouTube lub na żywo i wydaje im się, że ich małżeństwo będzie trochę jak nieustające ruchome święto. Kiedy okazuje się, że nie wszystko idzie tak, jak sobie wyobrażali, bo pojawiają się normalne trudności związane z budowaniem związku – zaczynają szukać drogi ucieczki. Jakoś nie potrafią zaakceptować faktu, że nie są doskonali, że są zwykłymi śmiertelnikami, którzy doświadczają cierpienia, bólu, zmęczenia. Tymczasem te właśnie symptomy są przejawem zdrowia i witalności, wzrostu i rozwoju. Tylko umarli niczego nie czują. Wiele religijnych, sakramentalnych małżeństw, które się rozpadły, ma pretensje do Pana Boga, że nie zrobił nic dla uratowania ich związku. Tymczasem Pan Bóg, pieczętując związek dwojga ludzi swoim sakramentem, daje mu życie i sprawia, że w tym życiu jest miejsce na rozwój, na wzrost. Jeżeli nie robi się niczego dla higieny, podtrzymania i ubogacenia tego życia, dochodzi do stanu zapalnego, który zaczyna ropieć i gnić, aby w końcu obumrzeć .

Trudności dzisiejszych małżeństw biorą się też z faktu, że wielu młodych ludzi pochodzi z rozbitych domów i dźwiga na sobie cały bagaż negatywnych doświadczeń, jakie się z tym łączą. Plaga rozwodów, plaga niewierności bardzo mocno ich dotyka, łamiąc ich przekonania i dobrą wolę. Nie ma co ukrywać, że żyjemy w kulturze tymczasowości, w której wszystko jest jednorazowe. Pozbywamy się nie tylko papierowych kubków po kawie w Costa Cofee, ale podobny stosunek mamy też do partnerów życiowych, a także do nienarodzonych dzieci. Taka atmosfera wywiera wpływ nawet na najlepszych z nas.  Ta kultura, jeśli w ogóle ta nazwa jest adekwatna, nieustanne epatuje ludzkość erotyzmem ocierającym się o pornografię. Wyłazi to z każdego kąta internetu, z seriali, z filmów i plakatów reklamowych. Nie zamierzam pisać na tym miejscu o pornografii, ale jest to jeden z najgorszych pasożytów, jakie trawią młodych małżonków. Wielu z nich nie jest w stanie normalnie współżyć z żoną, ponieważ bez stymulacji pornograficznej nie potrafią wejść w stan pobudzenia, podniecenia. Obdarowując małe dzieci sprzętem z nieograniczonym dostępem do internetu, zgotowujemy im wiele cierpienia w przyszłości.

Mama ma też osobistą teorię, która jej zdaniem także częściowo wyjaśnia przyczyny małżeńskich kryzysów. Ci młodzi; to pokolenie, które teraz wchodzi w małżeństwo i rodzicielstwo jest chyba pierwszym pokoleniem w historii ludzkości, które w tak wysokim stopniu miało zabezpieczone wszelkie potrzeby emocjonalne. To były dzieci, które znajdowały się w nieustannym centrum uwagi swoich rodziców i dziadków; które chroniło się przed skutkami ich działań; które były nieustannie zachęcane i chwalone, a nigdy nie krytykowane. Efekt jest taki, że młodzi dorośli mają wybujałe ego, rozbuchane potrzeby emocjonalne i ogromny lęk przed samodzielnością, obowiązkami, zobowiązaniami i wszelką, niezbędną przecież w życiu, rutyną. Czują się przywaleni swoim małżeństwem, ponieważ w małżeństwie nie ma miejsca na gwiazdorzenie, za to jest konieczność współpracy i wzajemnego wychodzenia sobie na przeciw. Niestety, wychowaliśmy nasze dzieci tak, że wydaje im się, iż szczęście polega na tym, że człowiek dostaje wszystko, czego chce, a wszelki brak czy dyskomfort staje się od razu traumatycznym doświadczeniem.

No dobra, ale przecież Mama miała powiedzieć, jak przeżyć w trudnym małżeństwie i jak je uzdrowić, nie raniąc przy tym dzieci.

Po pierwsze, trzeba poszukać pomocy fachowca. Nie pytać koleżanki z pracy czy z grupy fejsbukowej, ale znaleźć porządnego, rzetelnego specjalistę od terapii małżeńskich i korzystać z jego pomocy tak długo, jak długo istnieje taka potrzeba. Mają takie poradnie jezuici, mają dominikanie, są też ośrodki świeckie, jak Sensity czy Laboratorium Psychoedukacji. Warto jest też rozważyć propozycję rekolekcji czy kursów dla małżeństw, jest ich sporo na rynku. Rekolekcje, dobre rekolekcje potrafią nieraz uleczyć najbardziej zaognione rany. Bardzo dobre kursy dla małżonków prowadzi Akademia Familijna (https://www.akademiafamilijna.pl); świetne rekolekcje Miłość i Prawda proponuje Wspólnota Emmanuel (https://mip.emmanuel.info.pl), Ogniska Miłości (http://www.ogniskomilosci.pl/rekolekcje.html) albo Spotkania Małżeńskie (http://www.spotkaniamalzenskie.pl/pl/rekolekcje-dla-malzenstw/cel-i-program). Specjalne programy dla małżeństw oferują ojcowie dominikanie, jezuici i franciszkanie.

Po drugie nigdy nie wolno kłócić się w obecności dzieci, nie należy wciągać ich też we wzajemne nieporozumienia. Przenigdy nie powinno się nastawiać ich źle wobec siebie nawzajem, nie mówić przy nich złośliwości. Nie wolno też krzyczeć ani wyzywać się nawzajem przy dzieciach. Można się czuć, jakby się było w przedsionku piekła, ale nie trzeba tam zabierać własnych dzieci. Tak jak rodzice mają prawo do swoich konfliktów, tak one mają prawo do szczęśliwego dzieciństwa i stabilnego domu. Dzieci nie dostrzegają napięć, dopóki nie rzuci im się nimi w twarz. Tak więc – oszczędzać dzieci. Konflikt potrafi złamać najsilniejszego człowieka, a co dopiero wrażliwe dziecko.

Po trzecie, jeśli z jakiejś przyczyny dziecko jednak będzie świadkiem kłótni rodziców,  trzeba dopilnować, aby było też świadkiem pogodzenia się. Można się nie dogadywać w wielu dziedzinach, ale słowa „przepraszam” w niczyim słowniku nie może zabraknąć.

Warto też zdawać sobie sprawę, że dziecko świadome konfliktu, prędzej czy później zacznie obwiniać siebie. Niezależnie od tego, jak bardzo będzie się je zapewniać, że istniejący konflikt nie ma z nim nic wspólnego, dziecko będzie wiedziało swoje: to przeze mnie tatuś i mamusia się już nie lubią.

Po czwarte zawsze warto uciec się do modlitwy. Mama już wielokrotnie pisała, jak potężnym orężem jest modlitwa, a zwłaszcza wspólna modlitwa małżeńska. Uczeni amerykańscy odkryli, a komu jak komu, ale im trzeba uwierzyć, że jedyna grupa małżeństw, która się nie rozpada, to małżeństwa, które się razem modlą. Na modlitwie obnażamy przed Bogiem, ale też przed sobą nawzajem, wszelkie nasze motywy, najintymniejsze uczucia – po prostu całkowicie otwieramy serce. Modlitwa uzdalnia do przebaczenia nie tylko drugiej osobie, ale chyba przede wszystkim sobie samemu, a przez to prowadzi do prawdziwego, głębokiego uzdrowienia wszystkich zadanych ran. Zawsze można też poprosić o modlitwę wstawienniczą, a w razie potrzeby nawet o modlitwę o uwolnienie czy (to już przypadki ekstremalne) o egzorcyzm. Nawet, jeśli ktoś uważa modlitwę za czary mary, to zawsze może się schować w jakimś kącie i spróbować, kiedy nikt nie widzi. Bo niby czemu nie?

Tak więc, kochani, jeśli ten Przepis na ideał nie działa, to nie wina przepisu. Anglicy mają takie przysłowie (co Mama, swoją drogą, z tymi angielskimi przysłowiami…) If you don’t succeed at first, try, try, try again ( Jeśli nie wyszło za pierwszym razem, próbuj, próbuj, próbuj dalej). Nie warto się poddawać. Mama jeszcze raz powtórzy – póki życia, póty nadziei.

adult background beach blue
Photo by Lukas on Pexels.com

Ps. A co, jeśli w małżeństwie jest agresja? Uciekać, chronić siebie i dzieci. Kiedy się jest bezpiecznym, próbować terapii. Jest życie, jest nadzieja.

 

8 myśli na temat “A co, jeśli nie działa?

  1. Ad vocem. W imieniu z lekka oszkalowanych tu prawników zwłaszcza katolickich pragnę poinformować, że radcom, adwokatom, a nawet sędziom już na sali rozpraw udało się uratować niejedno małżeństwo. Kluczowy nie jest przy tym tylko aspekt finansowy (im wyższe honorarium, tym prędzej się desperat wycofa/ma kredyt to będzie miał jeszcze alimenty itp.), ale przede wszystkim psychologiczny. Jeśli sprawa zaszła już do prawnika z pominięciem psychologa/przyjaciela rodziny/księdza, to ma on szerokie pole do popisu. Nie ocenia, nie potępia, niewiele go dziwi i niejednokrotnie umie doprowadzić do wyniku win-win. Bo prawnik w swoim zasobie ludzkim posługuje się i prawem, i doświadczeniem, i logiką czyli zdrowym rozsądkiem, i wreszcie własnym sumieniem, a my prawniczki kobiety też sercem i zwłaszcza dobrem dzieci. Zawsze można współpracować z ośrodkami mediacji, a nawet z księżmi w poradniach prawnych przyparafialnych czy przy ośrodkach akademickich. Pozdrawiam Mamę i Jej Czytelniczki.

  2. Droga Czytelniczko, bardzo dziękuję za twój komentarz. Dobrze, że o tym piszesz, bo świadomość pozytywnego oddziaływania prawników w trakcie sprawy rozwodowej jest dosyć mało rozpowszechniona w społeczeństwie. Na ogół człowiek słyszy o tej mniej chwalebnej działalności. No, naprawdę, twoje słowa przywróciły mi wiarę, że nawet w strukturach prawniczych dobro ma szansę zwyciężyć. Bardzo serdecznie pozdrawiam!

  3. Są takie żony ( ja🙂) które uważają że są takie wspaniałe a ten mąż to takie utrapienie…😊
    Przyszedł taki dzień gdy mnie ” świeciło ” że równi jesteśmy w naszych niedoskonałościach. Odkryciem było to że mogę, a nawet należy nad sobą pracować, nie muszę być ” jaką mnie stworzyłeś to taką mnie masz”
    Bolesne były różne odkrycia, nie jest łatwo popatrzeć na siebie szczerze ☺

    Wspomnę o Agnieszce Pieniążek która ma dobrą wiadomość dla żon które przez długi czas zmieniają swojego męża w obiekt swoich marzeń i wyobrażeń 🤗😍
    Zacznij żono od siebie ❤

  4. Osobiście nigdy nikogo nie rozwiodłam i nawet nie udzieliłam porady o takim charakterze, bo akurat nie zajmuję się prawem rodzinnym. Hasło rozwód jest straszne, ale nie jest rozwodem. Ci co postawili pierwszy krok chociażby do prawnika, mogą jeszcze wiele ugrać dla swojego małżeństwa. Czy wiecie, że prawnik jest czasem pierwszą osobą, która na głos zadaje małżonkom pytania, których nigdy ani jako narzeczeni, ani jako małżonkowie, ani jako rodzice sobie sami lub sobie nawzajem nie zadali? Myślę, że to samo robią terapeuci i mediatorzy. Porada dla wszystkich dużo dialogu – z Bogiem, ze sobą, z małżonkiem, z osobą godną zaufania, proszenie o pomoc, jeśli się nie udaje własna praca nad związkiem. Pozdrawiam!

  5. Pięknie napisane. Jak zwykle. Dopiszę coś jeszcze na temat współczesnych młodych. Oni nie tylko mają zaspokojone potrzeby emocjonalne. Oni również nie znają pracy – nie mówię o nauce czy treningach – ale o pracy dla drugiego.” Za moich czasów”: węgiel i drzewo przynieść, wodę zagrzać- to takie najbardziej prymitywne przykłady. Lata wyjazdów z uczniami pokazały ,że współczesna nastolatka nie umie założyć poszwy na kołdrę i prosi o zrobienie zdjęcia przy zmywaku ” bo ona pierwszy raz w życiu zmywa”. I potem mamy takie kwiatki jak kłótnie o sprzątanie czy – fakt autentyczny – kto sprzątnie kupę z pieluchy.

    1. Smutna prawda, niestety. Widzę na róznych blogach parentingowych, że ten trend „dziecko jest w centrum” wciąż się nasila. Nowe metody wychowania już, przy tak małych dzieciach, maja katastrofalne skutki.
      Pozdrawiam cię serdecznie!

  6. Mam wrażenie, że uważa Pani, że poprzednie pokolenie mądrzej wychowywało dzieci… – tak odbieram Pani tekst, ale być może źle go rozumiem …? Szczerze powiedziawszy, trudno jest mi się z tym zgodzić – myślę, że błędów było równie dużo i dominujące trendy w wychowaniu również nie były pozytywne – brakowało poważnego i empatycznego traktowania młodego człowieka – brakowało dojrzałego wsparcia, którego każdy młody człowiek potrzebuje, wkraczając w trudne realia współczesności – a także nauki samodzielnego, odważnego i krytycznego, a zarazem empatycznego myślenia. Oczywiście pewnie były wyjątki, ale sądzę, że jednak w mniejszości. Piszę o tym również dlatego, że wydaję mi się, że Pani jeszcze nie podejmowała tego tematu od tej strony.

    Moi rodzice, może trochę starsi od Pani, uważali się za „oświeconych” i lepszych od dziadków – jednak niestety wiele im do ideału brakowało. Osobiście uważam, że ich otwartość na potrzeby dzieci była bardzo powierzchowna, ograniczona i pozorna, a także infantylna. I niestety uważam, że takich rodzin w Polsce powojennej i i tej w latach 80-tych/90-tych było bardzo dużo i jest ich wiele aż po dzień dzisiejszy. Wydaję mi się, że ten problem jest bardziej złożony i związany z brakiem głębszej świadomości w polskim społeczeństwie, brakiem otwartości na świat, takim, jaki on jest rzeczywiście, życiem ” w psychologicznym wyparciu” i ze związaną z nim skłonnością do infantylnego i płytkiego postrzegania rzeczywistości dla zachowania własnego komfortu – na który zwracali już uwagę pisarze, tacy jak Miłosz czy Gombrowicz. Niestety w znacznej mierze taki jest również nasz polski kościół i niewielu jest w nim mądrych, świadomych i autentycznie otwartych na innych ludzi kapłanów – takich jak śp. ks. Jan Kaczkowski. Podsumowując, sądzę, że nie było dobrze i niewiele się pod tym względem zmieniło.

    Również teraz bardzo różnie wygląda wychowywanie dzieci i można również znaleźć przykłady pozytywne. Na pewno na plus jest to, że jest większy dostęp do wiedzy na temat zdrowego, emocjonalnego i moralnego rozwoju dzieci i młodzieży i jest wielu rodziców, dla których to są sprawy z tych najważniejszych i którzy nie uważają, że wszystko wiedzą najlepiej sami, ale starają się rozumieć, że dziecko, drugi człowiek jest zawsze „tajemnicą” , której należy, moim zdaniem, przede wszystkim towarzyszyć i wspierać ją mądrze w jej rozwoju.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Magda

    1. Magdo, wiadomo, że posty blogowe wymagają pewnych uproszczeń. Czy poprzednie pokolenie madrzej wychowywało dzieci – to bardzo szerokie pytanie. Na pewno każde pokolenie popełniało charakterystyczne dla siebie błędy wychowawcze. Dla mnie jedno nie ulega wątpliwości – z pewnością poprzednie generacje były dzielniejsze i bardziej zaradne życiowo. Wydaje mi się – i uważam to również za swój poważny i naprawdę groźny w skutkach błąd wychowawczy – że współczesna generacja rodziców za bardzo skupiła się na zaspokajaniu wszelkich, nawet wyimaginowanych, potrzeb dzieci, z emocjonalnymi na czele. Przy czym nie uważam, ze jedynie słuszny wychowawczo jest model „zimnego chowu” angielskich nianiek. Myślę, że brakuje nam jakiejś mądrej równowagi pomiędzy wychowaniem w dyscyplinie a utulaniem w puchu. Jak wiadomo z emocjami jest tak, że w miarę ich zaspokajnia stają się coraz bardziej wymagające, stąd tak wiele depresji czy nawet prób samobójczych wśród nastolatków i młodych dorosłych. Moja diagnoza koscioła jest inna; uważam, że bardzo wielu jest w nim fantastycznych kapłanów, otwartych na Boga i ludzi, po cichu robiących wspaniałą pracę. Pewnie, że każdy z nas zetknął się z chamskim czy gburowatym kapłanem, podobnie jak z chamskim lekarzem, nauczycielem czy posłem do Parlamentu Europejskiego. Ludzka materia, nic innego. Dziękuję za twój mądry komentarz, a zwłaszcza za ostatnie zdanie, pod którym podpisuję się wszystkimi czterema kończynami.
      Pozdrawiam cię również bardzo, bardzo serdecznie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s