dom · dzieci · edukacja · kultura · rodzina · wychowanie

Alfabet Mamy z DD: A jak „Akceptacja”

close up photo of man wearing black suit jacket doing thumbs up gesture
Photo by Lukas on Pexels.com

Mama ma wrażenie, że akceptacja w dzisiejszych czasach staje się kolejną obowiązującą religią, obok ekologii, zmian klimatycznych i dobroludzizmu; jest pierwszym i najważniejszym przykazaniem współczesnego świata. Słownikowa definicja jest prosta: akceptacja (z łac. acceptatio, dosł. przyjmowanie) to uznanie, aprobata, potwierdzenie czegoś, pogodzenie się z czymś, czego nie można zmienić, uznanie czyichś cech postępowania za zgodne z oczekiwaniami, a także formalna zgoda na jakieś działania, zwykle wyrażona podpisem na odpowiednim dokumencie. Cóż wspólnego mają te poczciwe słowa z bezwględnym nakazem aprobowania każdego przez każdego i wszystkiego przez wszystkich? Mantrą tej religii są słowa „przecież nikogo nie można oceniać” , bo w zasadzie dopuszczalne jest wszystko, dopóki nikogo się nie krzywdzi (tu mamy bardzo ładną sprzeczność z tezą, że w zasadzie wszystko jest przemocą; patrz niżej). Ten bardzo niebezpieczny prąd permisywizmu wdarł  się też w główny nurt rodzicielstwa, przynosząc ze sobą wiele szkód. Jakoś tak zawsze toczyły się sprawy w krainie rodzicielstwa, że rodziło się dziecko, a mama z tatą kochali je i akceptowali takim, jakim było – chociaż niekiedy pewnie z nutką rozczarowania. Akceptacja nie przeszkadzała im w wychowaniu ich dziecka – istniał pewien wspólny fundament wychowawczy, na którym dorośli budowali gmach osobowości dziecka. Nieszczęśni rodzice naszej post post post epoki żyją w czasach erozji i korozji  oraz podkopywania wszelkich fundamentów, być może dlatego tak łatwo jest ich zasznurować w ciasnych gorsetach różnych politycznych poprawności.

Rodzic, rzecz jasna, ma bezwarunkowo akceptować swoje dzieci. Poniekąd wszyscy się z tym stwierdzeniem zgadzamy, chociaż, mówiąc szczerze, powoduje ono w każdym z nas, rodziców, nieustającą frustrację. No bo, do jasnej Anielki, czy krytyczne spojrzenie na własną latorośl jest uprawnione, czy może jest już – Panie, uchowaj! – brakiem akceptacji czyli, według najnowszych wytycznych, przemocą wobec dziecka?! Biedne mamy i biedni tatusiowie próbują jakoś manewrować i nawigować pomiędzy Scyllą totalnego przyzwolenia (bo do tego zmierza popkulturowa akceptacja) a Charybdą totalnego społecznego odrzucenia wobec prób wprowadzenia w wychowanie jakichkolwiek przejawów dyscypliny. Czy możliwy jest więc zdrowy i szczęśliwy ożenek pomiędzy akceptacją a wymaganiem? Pomiędzy akceptacją a rozwojem i pracą nad sobą? Pomiędzy akceptacją a dyscypliną? Psychologowie i terapeuci, którzy otaczają rodziców szczelnym kordonem, coraz bardziej rozszerzają termin „przemoc”. Przemoc to nie jest już bicie, krzyk, mobbing czy molestowanie, a w każdym razie nie tylko. Coraz popularniejszy staje się termin „miękka przemoc” , czyli każdego rodzaju, nawet nieumyślne zaniedbanie: milczenie, smutek, chłód, rodzaj wypowiadanych słów, działanie wbrew komuś (ucz się, załóż czapkę, bo jest chłodno, idź spać), dotyk, nadmierne bodźce w ciąży, nerwy i stres, podniesiony głos, brak ciszy i równowagi emocjonalnej w domu, zabieganie, praca po godzinach, pouczanie.  Niby do pewnego stopnia racja, a jednak wariactwo. Dlaczego? Dlatego, że z wymienionych wyżej trudności składa się ludzkie życie. W tej narracji każda choroba mamy czy taty, problemy w pracy (albo jakiekolwiek inne) powodujące ich stres i smutek, długie godziny spędzanie w biurze (niekoniecznie przyczyną musi być pracoholizm, częściej jest to konieczność, żeby związać koniec z końcem), podniesiony głos w przypadku pośpiechu czy jakiegoś zagrożenia, i tak dalej – to wszystko uważa się za przejaw przemocy wobec dziecka, naruszenie jego granic. Żeby było jasne – Mama nie broni patologii w wychowaniu oraz zdaje sobie sprawę z negatywnego wpływu różnych losowych sytuacji na rozwój psychiczny, emocjonalny, fizyczny i duchowy dziecka, ale, na litość Boską, zakładanie dziecku kroplówki z chemią, kiedy choruje na białaczkę, to nie jest przemoc, ale ratowanie życia! Utrata pracy przez któregoś z rodziców to nieszczęście, a nie naruszenie prawa dziecka do dobrostanu! Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że dziecko, które zostało osobiście dotknięte nieszczęściem, albo patrzyło na nieszczęście w najbliższej rodzinie, będzie w przyszłości potrzebowało szczególnego zrozumienia i traktowania, może nawet pewnego rodzaju terapii, ale ta terapia nie będzie skutkiem zastosowanej wobec niego przemocy, ale – na przykład – choroby, jaką przeszło. Nie można stawiać rodziców w sytuacji permanentnego napięcia i poczucia winy, płynącego z każdego nieopatrznie użytego słowa, ostrzejszego tonu czy gorszego nastroju. Przemoc ma miejsce wtedy i tylko wtedy, kiedy celem jest czyjaś krzywda; przy innym rozumieniu przemocy, wpadamy w paranoję.

Niedawno jedna z Mamy znajomych, logopeda i terapeuta, opowiadała, jak do jej gabinetu przyszła mama z sześcioletnim synkiem. Dziecko miało poważną wadę wymowy spowodowaną dużą nieprawidłowością zgryzu, której przyczyną było – tak, zgadliście – nieustanne ssanie kciuka. Po dłuższej rozmowie, mama chłopca sama przyznała, że do wdrożenia skutecznej terapii koniczne jest wyeliminowanie kciuka z buzi  – Tylko, że ja tego mojemu dziecku nie mogę zrobić – usłyszała Mamowa znajoma – Ależ dlaczego?  – zapytała, pełna zdumienia  – Dlatego, że gdybym wyjęła synkowi jego palec z buzi wbrew jego woli, podczas snu, byłby to z mojej strony akt przemocy wobec niego. Hej, hej, dobrze czytacie – ta skołowana mama w przyszłości zafunduje swojemu dziecku kosztowną i niekiedy bolesną terapię ortodontyczną oraz – bardzo prawdopodobnie – poważną operację szczęki – nie licząc kompleksów spowodowanych wadą wymowy. Logiczne, prawda? I jakie mądre. Kiedy prawdziwa miłość zostaje zastąpiona sentymentalizmem, a prawdziwa czułość – czułostkowością, ludzie krzywdzą się nawzajem.

Mama zachodzi w głowę, skąd wzięła się ta łatwość z jaką młodzi (a często nawet i nie tak bardzo młodzi) rodzice dają się wpuszczać w kompletne wychowawcze maliny. To prawda, że żyjemy na gruzach cywilizacji judeochrześcijańskiej – ostatnie stulecie przybiło mocno gwoździe do jej trumny, a pierwsze dwudziestolecie nowego z lubością pastwi się nad resztkami tej trumny. Mężczyźni i kobiety wchodzący dziś w rodzicielstwo, nie mają w zasadzie żadnych obiektywnych wzorców do naśladowania, a nie chcąc powtarzać błędów swoich rodziców, generują całą masę nowych, jeszcze bardziej trujących. W ramach jakiegoś przedziwnego partnerstwa z dziećmi, tworzą z nich dziwaczne hybrydy dorosło – dziecięce (z siebie zresztą też), które – jak to hybrydy – nie mogą odnaleźć się w żadnym ze światów. Dzieci – nie dzieci rozpieszczone, rozgrymaszone, zepsute nadmiarem smakołyków i bodźców, nadmiernie kontrolowane, wydelikacone artykułowanym nieustająco zachwytem dla każdego przejawu jakiejkolwiek samodzielnej aktywności, obfotogarfowane i uwiecznione na setkach filmików, zblazowane i cyniczne, bo widziały już wszystko, wyrastają na bardzo samotnych i smutnych młodych ludzi, którzy nie potrafią stawić czoła prostym wyzwaniom życia: szkole, nauce, środowisku i światu. Plaga depresji i samobójstw wśród nastolatków i dwudziestolatków z tak zwanych „dobrych domów” jest tego tragicznym dowodem. Prowadzimy nasze dzieci do nikąd, do miejsca w którym nie ma granic ni kordonów, tylko olbrzymia pustka. To nie jest dobre miejsce.

Mama zdaje sobie sprawę, że wychodzi jej spod palców okropna jeremiada, bo przecież każdy chyba zna co najmniej jedną fantastyczną rodzinę, która świetnie wychowuje dzieci. Jest też w naszym ukochanym kraju na szczęście wiele środowisk, którym bardzo leży na sercu dobro dzieci oraz ich rodziców – ale cóż (Mama wraca do swojego optymizmu à rebour) są to jednak niewątpliwie mniejszości. Są to jednakowoż bardzo ważne mniejszości, gdyż idealnie realizują sobą Teorię Wysp. Cóż to jest, zapytacie? Otóż Teorię Wysp sformułował śp. profesor Raszewski przy okazji wymiany listów z naszą Ulubioną Autorką Małgorzatą Musierowicz – pozwólcie, że Mama zacytuje: >> I pomyśleć, że kiedyś (w roku 1989 mianowicie) z nieufnym dystansem odniosłam się do opisywanej przez prof. Raszewskiego jego Teorii Wysp. Zalecała ona w przypadkach, gdy społeczeństwo oszaleje, ratowanie duszy poprzez separowanie się od ogółu, „póki się da, wespół z innymi ludźmi zdrowego rozsądku”. „Czy można w takich sytuacjach ratować te wartości, które może pielęgnować tylko zbiorowość? Moja odpowiedź: można, póki możliwe jest istnienie zbiorowości ratunkowej. (…) Z moich doświadczeń wynika, że zbiorowość ratunkowa może być maleńka, np. kilkuosobowa, i mimo to twórcza. Ale musi być absolutnie wolna. (…) Chodzi mi o wolność umysłu, przede wszystkim. Żadnych uprzedzeń. Żadnej mody intelektualnej. Tak-jakby-się-w-ogóle-nic-nie-zdarzyło. Wolno rozważać naturę potopu. Nie wolno przyjmować do wiadomości, że jest dokoła” (Zbigniew Raszewski, „Listy”).
Dlaczego, u licha, dystansowałam się wtedy od Teorii Wysp?!
Teraz bardzo mi się podoba.<< ***

Mamie też się bardzo podoba.  Poza tym, z wysp tworzą się archipelagi, a z archipelagów – nowe lądy. A nawet jeśli nowe lądy nie zdążą powstać, jako że żyjemy raczej u schyłku czasów, to taka wysepka może przyjąć całkiem sporą ilość rozbitków. I tego się trzymajmy.

lake with trees on sides
Photo by Quang Nguyen Vinh on Pexels.com

 

 

*** http://www.tygodnik.com.pl/numer/275517/musierowicz-felieton.html

Niektóre wątki z powyższego tekstu znalazły się w moim artykule „Dom jako miejsce odniesienia” opublikowanym przez wydawnictwo Kreda Book  w książce „Jesteś najlepszym przewodnikiem twojego dziecka”.

 

 

 

 

9 myśli na temat “Alfabet Mamy z DD: A jak „Akceptacja”

  1. Tak, tak, tak. A z własnego doświadczenia – przeżyłam z pięciolatkiem godzinną wizytę u stomatolga. Po bujaniu się na fotelu i bawieniu się wszystkim co jest w zasięgu ręki w gabinecie, po wybraniu bajki, którą będzie dziecko oglądać w czasie leczenia, padło pytanie czy dziecko wyraża zgodę na leczenie. Dziecko powiedziało, że nie. Na co pani doktor, że niestety pacjent nie wyraża zgody na leczenie.
    Ręce mi opadły.

  2. Dziękuję za ten głos rozsądku. Mam podobne przemyślenia. Kiedy czytam niektóre blogi parentingowe i komentarze do nich, to odnoszę wrażenie, że nie ma już odwrotu od tego uwielbienia dla indywidualistycznych teoryjek montessori (znam przypadki, że po przedszkolu montessoriańskim dziecko nie wie, jak się zachowywać w szkole np. na przerwie, gdy inne dzieciaki się wyśmienicie razem bawią lub nie wie, że praca domowa jest dla wszystkich, a niedobra pani nie powiedziała wprost, że ty Piotrusiu też masz to przygotować) czy bezmyślnych cytatów z Jespera Juula pozbawiających rodzica roli rodzica a dziecko roli dziecka, nie mówiąc już o ustawicznym tępieniu „wychowania” (już samo to słowo wykreślone jest z tych ideologii, bo brzmi jak przemoc). Nie jestem rodzicem idalnym, ale swoje ideały wolę czerpać z J. Korczaka lub bł. E. Bojanowskiego, gdzie dorosły rodzic to odpowiedzialny opiekun prowadzący przez kolejne etapy, wymagający, rozumiejący, tłumaczący itp., a dziecko to człowiek, za którego rodzic ponosi tę odpowiedzialność.
    Nie do końca jestem przekonana, czy ludzie idący za jakąś ideologią naprawdę zapoznają się z nią „od a do z”. Kiedy widzę matkę wyznawczynię macierzyństwa bliskości, która uważa, że nie należy pouczać dziecka, że coś źle robi, to nie wiem, co zawiodło – sama teoria, czy płytkie podejście do tej teorii?
    Sama też kiedyś popełniłam pewną ślepą wiarę w teorię. Zaczęłam mówic do dzieci schematami z książki typu „jak mówić, żeby dzieci słuchały” itp. I wówczas moje najstarsze dziecko zniesmaczone powiedziało do mnie – „mów do nas jak mama a nie tak sztucznie” 🙂
    Co do teorii wysp, to tu też da się zauważyc pewne skrajności i radykalizmy – znam przypadki rodziców, którzy sami tak bardzo boją się świata zewnętrznego, konfrontacji z nim, obrony i krzewienia swoich wartości gdzieś na zewnątrz, że zamykają swoje dzieci w czterech ścianach homeschoolingu, zasłaniając się oczywiście niekwestionowanymi zaletami tegoż. Jako nastolatka poznałam we wspólnocie dziewczynę zamkniętą właśnie w takim świecie, której trudno było wbić się między ludzi, bo przecież wszyscy byli skądś i stamtąd się znali, z jakiejś szkoły, z jakiejś klasy, z jakiegoś bloku, sąsiedztwa, a ona ze swoich czterech ścian… Żeby sobie odbić za te stracone lata – została nauczycielką i teraz codziennie chodzi do szkoły, poświęcając dzieciom całe swoje serducho 🙂
    Pozdrawiam i czekam na kolejne litery alfabetu Mamy z DD.

    1. Bardzo dziękuję za tak wiele trafnych myśli. Ja również zadaję sobie to pytanie – co zawiodło? Jak to się stało, że tak wiele trafnych intuicji zamieniło się w parentingowe potworki?

  3. Dziękuję za piękny tekst. Mądry tekst. Mam 42 lata i dwoje dzieci w wieku 8 i 10 lat.
    Z mężem trzymamy sztamę we wszystkim, a zwłaszcza we wspólnym wychowywaniu. Daleko nam do ideałów, ale kierujemy się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem, tym z czasów naszego własnego dzieciństwa oraz instynktem macierzyńskim. Jeśli uważam, że pewne zachowanie jest niegrzeczne, niewłaściwe – daję znać dziecku, nie sprawdzam, co o tym sądzi aktualna moda, czy wskazówki w milionie poradników w internecie. Nie chciałabym ani krytykować, ani oceniać innych, ale wydaje mi się, że obecnie za bardzo ufa się mediom i krążącym w nich złotym radom i trendom, znam osoby, które po nadmiernej lekturze internetowych mądrości nie potrafią podjąć samodzielnej decyzji, nie wiedzą, co i jak myśleć, nie ufają sobie, nie wierzą własnej intuicji i sumieniu.
    Podobały mi się słowa Michelle Obamy: „nie wychowujemy dzieci, wychowujemy przyszłych dorosłych”.
    Pozdrawiam serdecznie z życzeniami zdrowia i radości w Nowym Roku:)

  4. Pani Kasiu;) Piękne i mądre slowa.Cała prawda o tym naszym kochanym świecie, który bardzo się pogubil.Boję się nawet pomyśleć, do czego to doprowadzi.Ale caly czas mam nadzieję i wierzę, że rodzice się w porę opamiętają. I o to, trzeba się, teraz mocno modlić. Czekam z niecierpliwością na kolejne „literki” Alfabetu Mamy;) Pozdrawiam i życzę wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku:)

Odpowiedz na Mama A. Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s