dom · dzieci · inspiracje · kultura · przyjemności · rodzina · wychowanie

O Nutelli i innych przyjemnościach

Photo by Vlad Cheu021ban on Pexels.com

(Artykuł opublikowany w miesięczniku Kreda, w czerwcu 2021)

Mama niedawno była (czynnym) świadkiem burzliwej dyskusji toczącej się gdzieś w przestrzeni mediów społecznościowych na temat szkodliwości zezwalania dzieciom na jedzenie kanapek z Nutellą – nawet od czasu do czasu; nawet jako rodzaju słodkiej nagrody za jakieś dziecięce osiągnięcie. Większość mam biorących udział w dyskusji było zdania, że jeśli idzie o odżywianie, to nie powinniśmy uznawać żadnych kompromisów. Jeśli Nutella, to tylko taka domowej roboty; z najlepszych, ekologicznych składników. Tylko jedna mama odważyła się podziękować sprawczyni całego zamieszania ( a była nią autorka jednego z najpopularniejszych kont parentingowych na Instagramie, która opublikowała zdjęcie jednego ze swoich licznych dzieci z kromką chleba posmarowaną grubo Nutellą) za to, że odważyła się uchwycić skrawek prawdziwego życia, w którym dzieci – raz na jakiś czas – zjedzą sobie łyżkę kremu czekoladowego, frytki z McDonalda albo klopsiki ze znanego szwedzkiego giganta meblowego. – Wstydzę się sama przed sobą – pisała ta mama – że trzymam w domu słoik Nutelli. Chowam go zawsze głęboko za inne słoiki, które stoją na najwyższej półce szafki kuchennej i udaję, że nic o tym nie wiem, że to nie ja go tam postawiłam. Kiedy chcę, żeby dzieci były grzeczne, przekupuję je właśnie Nutellą, ale zawsze wtedy czuję się, jakbym popełniała poważne wykroczenie. Dziękuję, że pokazałaś mi, że kanapka z Nutellą jest częścią normalnego rodzicielstwa.

Słuchajcie, kochani. Mama na widok tego komentarza zareagowała bardzo impulsywnie, bo się zdenerwowała, że rodzice wpędzają sami siebie w tak głębokie poczucie winy z powodu błahego głupstwa, podczas kiedy życie i tak niesie ze sobą tyle poważnych wyzwań. Jednak, po ochłonięciu, w Mamy głowie pojawiła się myśl, że temat jest dużo, dużo większy niż wspomniany już przez Mamę tylokrotnie słoiczek Nutelli.

O cóż więc chodzi? Już Mama pisze.

Istnieje bardzo duża grupa rodziców – wspaniałych ludzi, prawych, mądrych, ogromnie zaangażowanych w wychowanie dzieci oraz drobiazgowo dbających o ich prawidłowy rozwój na każdym dosłownie poziomie, która ma bardzo nieufny stosunek do przyjemności. Przyjemność kojarzy im się z czymś nie do końca akceptowalnym, często niemoralnym i zwykle prowadzącym człowieka na manowce grzechu. A przecież przyjemność – a właściwie dążenie do niej – stanowi główny motor wszystkich naszych ludzkich działań. Celem naszego życia jest osiągnięcie pełnego szczęścia – a do tego prowadzi droga wybrukowana – wbrew pozorom – nie cierpiętnictwem, ale drobnymi okruchami szczęścia, czyli inaczej mówiąc, przyjemnościami. To właśnie dążenie do przyjemności pobudza człowieka do pracy nad sobą, do podążania ku ideałom, do ascezy a nawet do angażowania się w sprawy społeczne! Jeśli nie zaakceptujemy tego ludzkiego dążenia ku przyjemności, stajemy się znerwicowani, skłonni do stanów depresyjnych, a nawet uzależnień. Celem naszego rodzicielstwa nie ma być budowanie wokół naszych dzieci szczelnego muru obronnego, złożonego z zakazów i nakazów, bo one nie tylko nie uczą naszych dzieci podejmowania trudnych decyzji, ale także formują dorosłych, którzy żyją w nieustannym poczuciu winy, za zjedzenie czekoladowego kremu (jak ta mama z przywołanego wyżej przykładu). Stają się ponadto najkrótszą drogą do buntu i życia sprzecznego z  wszystkimi ważnymi dla nas wartościami. Takie dzieci pozornie prezentują się jak wzory cnót, ale za plecami rodziców i poza domem stają się zupełnie innymi osobami, jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Pedagogika nadmiernych zakazów i nakazów wypuszcza w świat jednostki, które są kompletnie niesamodzielne, nieprzygotowane na wolność i rozumne korzystanie z przyjemności – albo ulegają im bez walki albo prowadzą takie właśnie podwójne życie. Przypomina się Mamie stara piosenka Młynarskiego:

W tygodniu to jesteśmy szarzy jak ten dym
W tygodniu nic się nie przydarzy, bo i z kim?
I życie jak koszula ciasna – pije nas
Aż poczujemy mus i raz na jakiś czas

W Polskę idziemy, drodzy panowie
W Polskę idziemy
Nim pierwsza seta zaszumi w głowie
Drugą pijemy…

Mamy porozumiewawczy uśmiech na twarzy na sam widok tych słów, prawda? Jednak już po chwili dociera do nas, jak bardzo smutna jest to piosenka. Gdzie tu przyjemność w tym podwójnym, upodlonym życiu? Bez cnoty umiarkowania przyjemność staje się poniżająca.

Celem naszego rodzicielstwa ma być wprowadzenie dzieci w prawdziwy świat przyjemności poprzez naukę umiarkowania i samodyscypliny!

Nie odrzucajmy przyjemności, lecz ją wychowujmy! Pokażmy dzieciom, że świat nie składa się wyłącznie z prostych przyjemności, które dają natychmiastową gratyfikację, jak na przykład rozkosze stołu, wypoczynku, czy posiadania nielimitowanego dostępu do filmowych platform streamingowych, ale także z przyjemności, które wymagają od człowieka pewnego zaangażowania, wykształcenia i pracy, jak choćby uprawa ogrodu, wysłuchanie symfonii (nie mówiąc już o jej odegraniu), czy rozmowa na temat wyższości filozofii epikurejskiej nad stoicyzmem . O ile jednak stosunkowo łatwo nam jest wymagać od dzieci podążania drogą prowadzącą ku przyjemnościom wyższym, o tyle mamy skłonności do lekceważenia przyjemności typu pierwszego, i zamiast kształtowania w dzieciach cnoty umiarkowania, silnej woli i samodyscypliny, zarzucamy je kategorycznymi zakazami i wywołujemy w nich neurotyczne poczucie winy. Tymczasem zarówno jedzenie i picie, jak i korzystanie z mediów a także wypoczynek, są przyjemnościami bardzo silnie oddziaływującymi na zmysły człowieka, zwłaszcza młodego. Warto pokazać dzieciom, jak dobrze jest korzystać z prostych przyjemności i jak ogromnym ich wrogiem jest przesada, brak umiarkowania. Warto jest niejako wystawić dzieci na korzystanie z tych przyjemności, póki mamy jeszcze na nie wpływ. Weźmy choćby jedzenie! Niech dziecięce rarytasy typu czipsy, cola, frytki czy ta nieszczęsna Nutella nie staną się tematem tabu i polem wyniszczających  wojen. Pozwólmy dzieciom kosztować tych upragnionych ambrozji z jakichś szczególnych okazji, takich jak urodziny, wakacje czy wizyta kolegi. Przyzwolenie rodziców niweluje czar „zakazanego owocu” i zwykle okazuje się, że młody człowiek szybko wyrasta z tych smaków dzieciństwa i potem z rozbawieniem wspomina z jakim namaszczeniem smakował coś, czego teraz nawet nie wziąłby do ust. Mama zna to z autopsji. Podobnie rzecz ma się z alkoholem. Zaproszenie szesnastolatka do wypicia niedużej lampki wina do obiadu czy uroczystej kolacji sprawia, że dorastające dziecko czuje się wyróżnione i zaczyna traktować alkohol normalnie; jako część życia i coś, czego się po prostu używa; co uświetnia szczególne okazje czy umila wieczór rodzinnych planszówek albo filmów, a nie coś, co za czym się tęskni i czego chce się napić jak najwięcej, kiedy tylko zdarzy się po temu okazja. Atmosfera zaufania i radości życia w rodzinnym domu bardzo pomaga młodym ludziom wychodzącym w świat zachować umiarkowanie i ustrzec się eksperymentowania pośród dotychczas zakazanych rewirów. 

Rodzice powinni towarzyszyć dzieciom w kształtowaniu samodyscypliny, umiarkowania i wstrzemięźliwości poprzez ćwiczenie wewnętrznej dyspozycyjności, która pozwala wzbudzać lub hamować własne reakcje na poszczególne bodźce. Można ją uzyskać poprzez własny przykład ( staram się panować nad swoim apetytem, nie nadużywam alkoholu, nie poddaję się lenistwu, chociaż mam wielką ochotę), odpowiednie – w zależności od wieku dziecka – nadzorowane „ćwiczenia praktyczne” ( możesz dzisiaj zjeść jedną kanapkę z Nutellą; otworzymy tę paczkę czipsów wieczorem, kiedy będziemy razem oglądać film; możesz zostać na imprezie do 24 i umawiamy się na jedno wypite piwo, ok?) oraz upomnienia, które w razie potrzeby mogą zamienić się we właściwy przewinieniu rodzaj kary. Oczywiście Mama zgadza się, że nie osiągniemy dyscypliny wewnętrznej bez nacisku dyscypliny zewnętrznej! Dlatego tak ważne jest stworzenie w rodzinie rozumnej, odpowiedniej dla danego wieku dyscypliny zewnętrznej! Jednak, przy działalności wychowawczej, dyscyplina musi być jedynie środkiem, a nie celem samym w sobie. Jak już Mama wspominała, nadmierne dyscyplinowanie dzieci przynosi więcej szkody niż pożytku.

Naprawdę, można cieszyć się przyjemnością i być dobrym, uczciwym, prawym i mądrym człowiekiem. Potrzeba tylko nauczyć nasze dzieci pracy nad sobą i nad swoim życiem i pokazać, że prawdziwe szczęście nie kończy się tutaj, ale rozciąga daleko, daleko poza horyzont. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s