inspiracje · Pismo Święte · wiara

Historia o królu, który przetrwał burzę. Napisał Tata ( a trochę pomogła Mama).

Z czym potocznie kojarzy nam się fraza: „życie pełnią życia”?

  • podróżuję po całym świecie
  • używam przyjemności
  • dobrze i smacznie jem
  • mogę mieć co tylko chcę
  • spotykam się z przyjaciółmi, kiedy tylko mam na to chęć

Te wszystkie rzeczy są dobre i zostały nam dane, abyśmy się nimi cieszyli, korzystali z nich. Nie ma w nich nic złego. Jednak, jak wielu z nas zapewne doświadczyło, nastawienie człowieka wyłącznie na przyjemność i zabawę, przynosi skutek odwrotny do zamierzonego: stajemy się zmęczeni, przeciążeni bodźcami, znieczuleni na radość. Zamiast szczęścia, którego poszukiwaliśmy odczuwamy powierzchowne, chwilowe zadowolenie. W naszym świecie, skażonym grzechem, nie da się zbudować szczęścia, które trwać będzie bez końca. Zresztą, co to za szczęście? Kiedy nadchodzi noc i cichną wszystkie hałasy, a kolory znikają, nadchodzi – po tych wszystkich atrakcjach – ogromna samotność.

Niezależnie od tego, czy jesteśmy na to gotowi, czy nie, w pewnym momencie przychodzą jednak – jak na każdego – trudności: „spadł deszcz, zebrały się wichry, wezbrały potoki i uderzyły na ten dom”. Niezależnie od tego, jak budujemy – na Skale czy na piasku, burza zawsze przychodzi, zawsze. Tego jednego możemy być w życiu pewni.

W księdze Izajasza, w rozdziałach 36-39 i równolegle w 2 księdze Kronik, w rozdziałach 18-20, opisana jest historia króla judzkiego Ezechiasza. Jego imię znaczy „Pan moją mocą”. Czytamy, że „w chwili objęcia rządów miał 25 lat, (…) czynił to, co słuszne w oczach Pana zupełnie jak Dawid, (…) w Panu, Bogu Izraela pokładał nadzieję. I po nim nie było podobnego do niego między wszystkimi królami Judy, jak i między tymi, co żyli przed nim. Przylgnął do Pana i przestrzegał Jego przykazań. Toteż Pan był z nim. We wszystkim, co przedsiębrał, miał powodzenie.”

Ha! To jest taki kierunek myślenia, w jakim każdy z nas podążał lub podąża; takie quasi pogańskie – quasi protestanckie przekonanie, że jak Pan Bóg jest ze mną (a ja z NIm), to żądne nieszczęście mnie nie dotknie. Pan Bóg zna wszystkie moje potrzeby, więc po prostu będzie je zaspakajał. W tym nurcie myślenia błogosławieństwo równa się dobrobyt.

Ale, ale… nad głową młodego króla Ezechiasza powoli zbierały się czarne chmury. W czwartym roku jego panowania – miał więc zaledwie 29 lat – jego królestwo zostało napadnięte przez Asyrię, a część poddanych została uprowadzona w niewolę. To jednak był zaledwie początek nieszczęść, bo zaledwie 10 lat później kolejny król asyryjski ponownie najechał miasta judzkie i zdobył je, a na króla Ezechiasza nałożył kontrybucję w wysokości 300 talentów srebra i 30 złota: 10 ton srebra i 1 tona złota! Dziś 1 gram srebra kosztuje około 1,50 zł, a 1 gram złota około 150 zł. Łącznie mamy więc kwotę 160-170 mln zł!

Doszło do tego, że Ezechiasz kazał zerwać srebrne obicia drzwi i futryn świątyni Pańskiej, żeby spłacić ten okup – cenę za bezpieczeństwo i wolność swojego królestwa.

Przychodzą na nas trudności – codzienne, zwyczajne, a czasami nadzwyczajne, jak to przed chwilą słyszeliśmy. Pytamy wtedy Boga: dlaczego właśnie mnie się to przydarzyło? Dlaczego dopuściłeś, by nasze dziecko żyło tylko 8 dni? Dlaczego umarł mój mąż? Dlaczego miałam kilka poronień i nie możemy doczekać się kolejnego dziecka? Dlaczego nasze dziecko było chore na raka i przez tyle lat żyliśmy z tą świadomością, że każdy dzień może być tym ostatnim? Dlaczego od dwóch lat nie mogę znaleźć pracy? Dlaczego moi rodzice się rozstali? Dlaczego za naszą miedzą wybuchła okrutna wojna?

Tak jest, że w obliczu niezawinionego cierpienia, krzyża, pierwszym odruchem człowieka bywa bunt. Obwiniamy Boga, wygrażamy Mu, oskarżamy o okrucieństwo. To poniekąd zrozumiałe, bo nie umiemy, nie jesteśmy w stanie wyjść z siebie, stanąć obok i powiedzieć ze spokojem – Tak, tak, to jest krzyż; to normalne, bo w życiu każdego człowieka są krzyże; więc nic nadzwyczajnego mnie nie spotkało. Tak się nie da, bo krzyż nas autentycznie dotyka, powala na ziemię i powoduje ogromne cierpienie.

Co w tej niezwykle trudnej sytuacji robi Ezechiasz? Najpierw ulega rozpaczy – jak my, gdy dopada nas krzyż. Ból, którego doświadcza, dosłownie zwala go z nóg. Jednak po chwili zaczyna rozmawiać z Bogiem – swoistym „wyzwalaczem” są dla niego słowa bluźnierstwa wypowiedzianego przeciwko Bogu przez Asyryjczyków. Rozkazuje też modlić się członkom swojego dworu, a także prosi proroka Izajasza o wstawiennictwo u Pana.

Jednocześnie, co bardzo ważne, Ezechiasz działa! Nie siedzi z założonymi rękami; wysyła posłów, negocjuje i… cały czas się modli.

I zostaje wysłuchany! Słyszy proroctwo, mówiące o tym, że po trudach i niedostatku następuje obfitość. Po trzech latach niewysłowionego trudu przychodzi ratunek i najeźdźcy muszą się wycofać.

To jednak nie koniec historii króla Ezechiasza! Wkrótce po wyzwoleniu kraju spod okupacji asyryjskiej, spada na niego ciężka, nieuleczalna choroba. Król stoi u kresu swojego życia.

To jest chwila, w której ten człowiek poczuł się kompletnie bezsilny i zobojętniały. Czytamy, że „odwrócił się do ściany” (dajcie mi święty spokój!).

Gdy ludzie przeżywają trudności, po okresie buntu przychodzi często apatia, marazm: już mi jest wszystko jedno; mogę już umrzeć, bo moje życie nie ma sensu… Niekiedy też zdarza się, że uciekamy w marzenia podszyte zawiścią: chciałbym być kimś innym, mieć inne życie, inne umiejętności, inne cechy charakteru; chciałbym być bardziej wygadany, mieć lepszą pamięć, umieć robić to, co zapewni dziś dobrze płatną pracę… Pojawia się nieufność wobec Boga (dlaczego znowu ja?), niewdzięczność (gorzkie wyrzuty: nie kochasz mnie, niczego mi nigdy nie dajesz) i zazdrość w stosunku do innych ludzi (ten to ma lepiej, bo jemu się coś takiego nigdy nie przydarza – co oczywiście nie jest prawdą, bo nie wiemy, jakie krzyże i cierpienie niosą inni). Pojawia się głęboki smutek; jesteśmy smutni do głębi duszy, do szpiku kości. Stajemy się wylęgarnią smutku i zarażamy nim innych.

Wracając do naszego bohatera, czytamy dalej, że Ezechiasz jednak „modlił się do Pana”! Płakał przed Nim i prosił o uzdrowienie, powołując się przy tym na swoje dobre postępowanie (Taki drobny szantaż emocjonalny).

Ezechiasz ponownie został wysłuchany; na dodatek jeszcze doprosił się o cud, który potwierdził, że wyzdrowieje.

Wkrótce potem, otrzymał zapowiedź kolejnych trudności i krzyży, jakie miały być udziałem jego synów…

W 2 księdze Kronik, w rozdziale 32 czytamy trzeci w Starym Testamencie opis dziejów i panowania Ezechiasza. Pojawiają się tam niezwykłe słowa odnoszące się do jego ciężkiej choroby (w. 31): „Bóg opuścił go, wystawiając go w ten sposób na próbę, aby ujawniły się w pełni zamiary jego serca”. I drugi, równie mocny komentarz autora (w. 25): „Ezechiasz jednak nie odwdzięczył się za wyświadczone mu dobrodziejstwo, ponieważ jego serce uniosło się pychą”. Dopiero po czasie „upokorzył się za wyniosłość swego serca”.

W każdym naszym trudnym doświadczeniu – małym czy dużym, codziennym czy nadzwyczajnym – możemy tak właśnie nieustannie reagować i ciągle przeżywać ten sam cykl: zdziwienie, bunt, apatia, zgorzknienie… Widzimy w świecie, wokół nas, wielu ludzi, którzy zapijają, zajadają czy w inny sposób kneblują swoje trudności – choćby przez ciągłą zabawę, gadżety itp.

Czy jest więc jakaś droga wyjścia z tego kręgu? Jak „żyć pełnią życia”, o której mówiliśmy na początku; jak przeżyć to nasze życie w radości – nie dlatego, że cierpień w nim nie ma, ale pomimo ich, a nawet, w jakiś sposób: dzięki nim?

Wielki Post jest uprzywilejowanym czasem, w którym możemy wpatrywać się w Tego, który przyjął na siebie nasze winy; który została dotknięty tak wielkim cierpieniem, że stał się wzgardzony i niepodobny do ludzi, ale w Którego ranach jest nasze uzdrowienie. Nie wątpmy w Jego miłość do każdego – każdego! człowieka na świecie. Dobrze jest wejść na drogę kontemplacji, to znaczy przylgnięcia myślą, sercem i emocjami do tej odwiecznej Miłości, która wzięła na siebie wszystkie nasze grzechy i cały nasz ból.

To z tego kierunku wchodzimy wchodzimy w nas, w nasze życie, w nasze radzenie sobie – albo nie radzenie – z pojawiającym się w życiu cierpieniem. Tylko ze wzrokiem utkwionym w Jego rany jesteśmy w stanie nadać sens temu, co dzieje się z nami, co dzieje się ze światem – i stać się darem dla innych.

Na pytanie „co zrobić, gdy jest się w sytuacji po ludzku beznadziejnej?” o. Jacek Woroniecki OP odpowiedział: „nic, przytulić się do Krzyża”.

Kluczem jest tu zaufanie. Zaufanie to inny rodzaj zrozumienia!

Cierpienia nie da się objąć naszym małym umysłem.

Znamy księgę Hioba: przyjmuje on z ręki Boga to, co go spotkało, ale ma też okresy intensywnego buntu. W pewnym momencie Bóg zadaje Hiobowi wiele pytań: o wszechświat, o Boże zamysły, o stworzenie ziemi i człowieka (38,4-40,2; 40,6-41,26); Hiob jednak uznaje, że nic nie wie, że nie umie w ogóle odpowiedzieć na te pytania. Można by rzec, że Bóg teraz mówi do niego: skoro tego wszystkiego nie pojmujesz, to co, ty, Hiobie możesz wiedzieć o Mnie?

Dopiero na koniec księgi Hioba przychodzi to, co najważniejsze: zaufanie.

Możemy i powinniśmy podejść do Boga w taki sposób: kocham cię, Panie i całkowicie Tobie ufam. Mogą przyjść na mnie różne sytuacje, ale wiem, że Tobie mogę naprawdę zaufać, bo moje imię jest wypisane w Twoim sercu.

Dotykają nas te różne próby, bo sami wpuściliśmy na ten świat zło.

Co więc pomaga nam je przejść? Zaufanie Jezusowi, że On nas przez to wszystko przeprowadzi. To zaufanie pozwoli przeżyć nam cierpienie w najlepszy sposób, z takim męstwem, na jakie nas stać .

Jeżeli nawet Jezus dopuszcza zło – z niewiadomych dla nas powodów – to tylko dlatego, że jest w stanie wyprowadzić z tego jeszcze większe dobro! Tylko cierpienie, które niejako zatrzymuje nas w pędzie, jest w stanie zmienić nasze życie; obudzić nas z konsumenckiego snu i odsłonić naszą prawdziwą twarz. Stajemy ogołoceni, pozbawieni naszych przywilejów i udogodnień, naszych ludzkich zabezpieczeń, zdani tylko na Jego wszechogarniającą miłość. Nagle na nowo rozumiemy, gdzie jest prawdziwy sens i cel naszego życia i wtedy przychodzi zupełnie inny rodzaj zrozumienia, który nazywamy zaufaniem.

Matka Teresa, pytana o to czy możliwe jest zrozumienie cierpienia, odpowiedziała: „Cierpienie samo w sobie nie ma wartości, ale cierpienie, w którym łączymy się z cierpieniem Chrystusa, ma olbrzymie znaczenie. Cierpienie, które jest zadośćuczynieniem, ofiarą, ma niezwykle głęboki sens. Jeżeli przyjmujemy cierpienie jako dar od Boga, nabiera ono niesłychanie głębokiego znaczenia. Cierpienie takie stanowi naprawdę najpiękniejszy sposób wzrastania w świętości i upodobniania się do Chrystusa” (Leo Maasburg „Matka Teresa. Cudowne historie”, str. 201).

Jeżeli nie przyjmiemy krzyża, nie przylgniemy do niego; jeżeli nie pozwolimy sobie na zaufanie Bogu, jeśli nie zgodzimy się na to, by On wszedł pod nasz dach, do tego najtajniejszego miejsca w naszym sercu – w ten właśnie sposób – nie będziemy wiarygodnymi świadkami i nie będziemy mogli pomóc innym przechodzić przez ich cierpienie, bo sami będziemy też je odrzucać.

Jako ludzie wierzący, jesteśmy teraz, w tym właśnie trudnym dla świata czasie bardzo mocno wezwani do świadczenia o tym, że Pan Bóg działa!  W naszym życiu dzieją się cuda i takie same cuda Bóg chce działać w życiu każdego człowieka.

Możemy być jednak takimi świadkami jedyni wówczas, gdy pozwolimy Jemu działać w nas.

Święta Teresa od Jezusa bardzo jasno wskazywała na to, że w procesie zjednoczenia się z Bogiem (z człowiekiem także) najpierw trzeba poznać, kim się jest – jakie mam zranienia, słabości czy mocne strony. Ona nie mówiła: skup się tylko na Bogu, ale w pierwszej kolejności popracuj nad sobą, żeby później móc się właśnie uwolnić od swojego ego, mechanizmów obronnych i od lęku. Najpierw mamy siebie poznać, żeby móc siebie dać. Pan Bóg nie chce, by nasze „ja” w zjednoczeniu z Nim jakkolwiek się rozmyło. (cyt. za: Monika Gajda).

Jak możemy siebie poznać? Na modlitwie. Na czytaniu Słowa podczas lectio divina, gdy sam Bóg mówi do naszego serca. Nie od święta, ale codziennie, każdego dnia. Tylko modlitwa przemienia rzeczywistość. Nie polityka, nie cwaniactwo, nie czołgi i karabiny, ale prosta, wierna, pełna czułości modlitwa.

Tak, krzyż to jest wejście w śmierć. Pamiętajmy jednak, że w przyjęciu krzyża – w zgodzie na wejście w to, co wydaje się ograbieniem z życia, z tego co „nam się należy” – jest perspektywa paschalna! Tu jest prawdziwe życie. Tu jest zmartwychwstanie. Happy End o którym każdy z nas marzy.

Kto tak przeżywa cierpienie, nabywa też innej perspektywy wobec ludzi, którzy są obok (w rodzinie, w pracy, w autobusie i na ulicy): człowiek staje się wrażliwszy i delikatniejszy, bardziej współczujący, nie stawiający warunków w miłości. Może powiedzieć, jak Paweł: Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 5,22).

Bez krzyża świat już dawno by nie istniał, bo zło, które wpuściliśmy między nas, a które nienawidzi człowieka bo nienawidzi Boga, juz dawno zgładziłoby wszelkie życie z powierzchni ziemi.

A zatem krzyż powoduje, że trud cierpienia staje się drogą ratunku dla człowieka.

Przez krzyż wchodzimy w prawdziwą pełnię życia! Przeczytajcie 2 Kor 4,7-18. Nosimy nieustannie w naszym ciele konanie (dosł. uśmiercenie) Jezusa, aby życie Jezusa objawiało się w naszym ciele”

Nasza droga na ziemi to króciutki odcinek, ale mamy konkretny cel: życie bez końca, bez bólu i cierpienia;, szczęście, które nigdy nie ulatuje i świat, który będzie trwał wiecznie. Czy chcę tego? Czy zależy mi na oglądaniu Boga – twarzą w twarz – przez całą wieczność? Taka perspektywa odmienia wszystko! Jesteśmy wezwanie do tego, by na nasze życie przez paschalne okulary.

Na koniec chcielibyśmy przytoczyć modlitwę, jaką wypowiedział kiedyś Piotr Goursat, załoyciel Wspólnoty Emmanuel

Cierpiałeś za nas wszystkich, cierpiałeś miliony razy bardziej niż każdy z nas, bo wziąłeś na siebie wszystko. Każde cierpienie, którego jestem świadom, Ty znasz o wiele lepiej. Każde, którego mógłbym doświadczyć, Ty odczuwasz nieskończenie boleśniej. Wszystkie cierpienia nosisz w swoim Sercu.

Ufam Ci, bo wiem, że przyszedłeś, żeby wszystkich odkupić. Oddaję Ci wszystkich, którzy cierpią i nie wiedzą dlaczego.

Teraz mogę Cię wielbić, bo naprawdę jesteś Bogiem, który nas zbawił, który w każdej chwili zbawia świat.

Uwielbiam więc, ale jednocześnie jest to modlitwa wstawiennicza. Zawierzam w niej całe cierpienie świata. Bo Twoje serce jest wszechmocne, pełne miłosierdzia, Ty zbawiasz świat.

Jeśli więc noszę w sobie cierpienie świata, robię to z radością, bowiem, że Ty je niesiesz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s